Jacek Gulla

Art and Poetry

DO NARODU

nie dość ci już Polsko awantury o Smoleńsk
nie widzisz jak ktoś zwalić chce zawstydzający
stan lotnictwa i Kraju na Ruskich
niezdolny natchnąć Orła do lotu nad poziomy

tamtej nocy kończyłem pisać koleżance
pracę magisterską dla Hunter College
Jak Wychowywać Liderów Jutra
zacząłem od Mojżesza wg Sigmunta Freuda

ukamieniowanego szczątkami tablic
przed Złotym Cielcem spierałem się o autorstwo
Medytacji że pisała je dłoń szkoły Stoików
Człowiek Doskonały w osobie Marka Aureliusza

opierać się wierze w sponiewieranego Zbawcę
miasto jako dusza wspólna w Florencji Dawid
w NYC Sale&Save w świetle Republiki Platona
Machiavelli rozwód polityki z etyką

Czterej Encyklopedyści Ancient Regime
pod gilotynę o czym marzyły scięte głowy
okrutnie długich 48 sekund świadomości
Bonaparte w omamach polarnej gorączki

wraca z Rosji do sierot i wdów Rewolucji
Washington pożycza od Kościuszki judasze Pawła I
przepędza Anglików i konstytuuje Nowy Świat
modląc się za eksperyment zwany Demokracją

liderzy bez władzy od Hyde Park przez knajpki
proletariackiego Paryża po studencką Moskwę
jawiący cywilizacji jej jutro
przy pogrzebach kolejnych niewypałów

sprawność posłuch młodego organizmu z ich utratą
z wiekiem wymuszane na Państwie
spór o Temidę
czy powinna byćślepa i na co

kto tam jeszcze tyle już czasu minęło od katastrofy
Marks oczywiście i Trocki i Hitler i Stalin i Castro
między nimi Nietzsche z młotem zamiast berła
w sumie rejs przez Historię Władzy

żeby nad ranem poprosić koleżankę o New York Times’a
przybić do portu Teraz i Tu jak się władza ma dziś
blada to żadne słowo trupia celniej
kiedy koleżanka wróciła z ulicy z gazetą

Polish Leadership Decimated czarno na białym w nagłówku
popili krzyczę nim żem pierwszy akapit przesączył
lotnisko sobie pan prezydent sobie duchy Katynia świadkiem
jak mu się do nich śpieszyło prawemu patriocie

puki my żyjemy Ruski lądować czy nie
nie będzie rozkazywał Polsce
tak nam
papieżu dopomóż i Bóg

żal mi rosyjskich pisarzy Pamiętnika Wariata
że go Polska nie czyta żal Kniazia Igora Borodina
żal Mussgorskiego żal mi twojego Polsko jutra
wypraszać takich gości

popili upieram się przy swoim rok dochodzeń
za nami jak dwa lata wcześniej
dowódctwo Polskich Sił Powietrznych
na Suwałkach i tyle

jak ci robochłopi z fotoreportażu Wyścig Pokoju Trwa
wsiadasz Ojczyzno na rower opilstwa
albo się z niego walisz w rów
przy transkontynentalnej autostradzie

machać za światową kompetycją
nie nic się nie stało wszystko gra
Solidarność rozkradziona sra kazden sam
kielich goryczy na umór

pomiocie łachmaniarskiego marzenia
sam chlałem po cmentarzach
patrząc jak się serce Jutra
w kłódkę bez klucza zmieniało

w drodze świata w Jutro na każdy naród
czeka dzień kluczowy dla cywilizacji
Egipt Rzym ZSRR to już historia
a my co szykujemy wytrych i flaszke benzyny

a propos praca zdała na A
mało rzekoma autorka dostała ofertę Rockefeller U
wychowywać dziatwę Noblistów $72 000 00 yearly
a ja ja cześć głowa nie daje spać

Advertisements

JASIU POWIEDZ

 

1.

Co jest duszą wolności
Kłódka
Dlaczego
Żeby darów wolnosci kto nie ukradł

Opisz kłódkę
Kształtem serce kute w żelazie
Ciężar że strach
Nosić by takie w piersiach

A w sklepie
W sklepach wysprzedane
Kradnie się je
Po piwnicach

Czeka się w ciemnościach
Na lokatora kiedy ją z kluczem
Odłoży
Poza aureolę świecy czy latarki

I po co ci te kłódki
Jak ich będę miał dość
Miasto zamknę całe
Przed ludnością

Puste miasto po co ci do czego
Być w nim kim mi się
Żywnie spodoba
Kim innym z dnia na dzień

Pomyśl co to za książę
Kiedy władać nie ma mu kim
Co za żebrak
Chyba zimny trup jeśli brak łaskawców

Nikt mi przynajmniej niczego nie zabroni
Ale też w niczym nie pomoże
A jak kłódek upilnujesz
Przed takimi samymi jak ty

Od tego jest policja
Aresztują cię pierwszego
Nie dadzą rady
Zamknąłem się już sam

 

2.

A przeciwieństwo kłódki
Okulary wytłumacz dlaczego
Kłódka zamyka świat
Szkła go owierają

I na co byś przez nie patrzał
Gdyby wokół nie było żywej duszy
Za ile jem
Choć nie płacę i tak dalej

A jak by ci się ceny znudziły
Odłożył bym patrzały na wystawę
Żeby na ślepo szukać coraz droższych
I tak dalej

Szkoda nie spojrzeć na siebie
Ja cały czas się widzę jakby mnie
Wszystkimi oczami historia
Ogladała czy się nadaję

I co widzisz
Z okularami na nosie siebie
Takiego jakim i pani mnie ogląda
A bez nich jakim jestem w sobie

Nasycić się nie mogę
Jakby się pełen skarbów
Sezam baśniowy we mnie otwarł
A nie piwnica pod ósmym

Nikt na mnie nie czycha
I nikogo żeby kto miał stracić
Gdyby się tylko dało co zwinąć
Ze skarbnicy wynieść na światło dzienne cało

Ale nie przekręt niemożliwy raz je ujrzeć skarby
A szkoła kościół dom fabryka
Ciasne się robią że w Zoo łatwiej oddychać
Farsa śmiechu nie warta

Nie mówiąc
Już
O wawelskich skarbach
Smykała był im pewnie za stróża

Nie tak Jasiu mówić nie trzeba
Ziemia to może pyłek na marginesach galaktyki
Ale my ty ja każdy jak małe atlasy
Stawiamy ją jej za sens

Mój pot wszechświatu za sens prosze pani
Jak to wytlumaczyć
Ucz się z tym pogodzić
Nawet gdybyś posiadł siedem biblinych mądrości Jasiu

Żegna się je nie wiedząc jeszcze więcej
Twoje kłódki
Wdziej w swym pustym mieście odpowiednie szkła
I spójrz uważnie mówisz

Że kształtem podobna do serca
Do serca co proszę pani kocha i kochanie w krew tłoczy
Choćby obiekt milości
Pożarła dawno rdza

3.

A rodzice Jasiu co oni
Na hobby syna
Ojciec się pietrzył jak zawsze
Pasy solił cieniami miotał po ścianach i grzmiał

Dopuki nie stracił roboty
Teraz mu się nawet i zamek do bocznych drzwi
Widzi i widzi od którego
Zacząłem konstrukcję naszego ferrari

A mama mama w Ameryce
Od dwuch lat nie mówi przy czym
Ale bez jej dolarkow
Zdechlibyśmy z zębami wbitymi w pusty stół

Jeszcze o okularach
Co jedne to inny świat
Trafiła mi się nawet para made in USA
Kiedy ją wdziewam zamykam oczy

I widzę mamę to samo co tu
Sprząta czyści pierze gotuje anioł
By nie wytrzymał pokoi nie zliczyć ile na dzień
Ojciec jak sobie strzeli drinka

Wyklina że to kłamstwo on dobrze wie
Skąd kasa lepiej żeby w ogóle nie wracała
Załóż radzę francuskie
Japońskie z samo-regulującą się ostrością

Ostrość wie co cię interesuje lepiej niż ty
A on sięga po zamek boczny i obraca nim w palcach
Ale inaczej niż ja ja zasuwkę zatrzaskuję na mur
On jakby wrota raju otwierał

Włosy mamy z zimowego kołnierza to wszystko
Co mu z raju zostało zakłada po trzy pary szkieł
Żeby widzieć ich więcej i biada
Wyplata pas ze szlówek rękami w szwach pani wie

 

 

4.

Wszyscy się czegoś boimy czego najbardziej ty
Zasnąć przy sterach rządu nie kresu cierpliwości że ojca
Razem z jego pasem solonym wymiotę gdzie za siedem kłódek
Żadne mu tam okulary nie pomogą

Niech tam sobie ćmi i ćmi Parlimenty od mamy
Żeby mu się świat wokół obrócił w popielniczkę
Stracił mówiłeś Jasiu robotę przy czym robił
Przy skalplach i piłach w Prosektorium ostrzył ale się

Nagle pierwszy raz w życiu zaciął i koniec
Bezrobotnego akurat tyle żeby Amorek nie skomlał
Gdyby się psiny ojciec nie pozbył przed bożym narodzeniem
Kto wie pieczeń na oko Amorek z sierści tylko odarty

Pani rozumie no to pas w ruch bo tknąć nie szło wigilii
Wali tym pasem oszalały pedant wylicza zwlekając
Jakby do obiecanych mógł w trakcie wymiaru kary
Dorzucić extra klamrę

Siedem osiem dziewięć dodaje a ja odejmuję tę liczbę
Od sumy wymierzanej język za zębami
Jakby nie zdawał sobie stary sprawy że gdybym
Się odwinął wyfrunął by z pasem księżyc albo dalej

Nie ojciec mi więcej nie straszny a pasy pasy to trening
Przed pasami losu proszę pani
To ich się boję nawet gdyby koniec świata  nie wypalił
Życie weźmie pod baty

Dziś mi pokrzywy i oset za boiskiem sprawiają zawód
Zawód Jasiu czym to wytłumaczysz
Marnuje się tylko ciekawość
Znają je zadymione nasze Grzegorzki

Jakby chwasty od zawsze repetowały trzecią B
Oset co prawda pod lupą oglądany
Można wziąć za dalekiego krewnego katedry Notre Dame
Ale niech no tylko los zagra z nami w kości

A stojąc przed nią w Paryżu modlić się przyjdzie jak Szopen
Ujrzeć raz jeszcze kiedyś kolczasty gotyk dzieciństwa
Tak pani od wieszczów uczy
Słowackiego Do Zosi na pamięć

 

5.

A Bóg Jasiu czy chodzisz ty do kościoła
Jak pusty to w deszcz ale nie na msze
Pan od historii twierdzi że całe to klękanie
Wstawanie żegnanie się i znowu klękanie

To średniowiecze żeby chłop od sochy
Nie spał przed ołtarzem
Tacy żeby nie przechrapały buraki na przykład król Walezy
Nie klękał i za to miał z klerem przegrane

Jak myślisz dlaczego król nie chciał ugiąć kolan
To pierwszy w naszych dziejach trawestyta
Hostię przyjąć chciał raz w ślubnych szatach
Żony ktorej u nas niestety nie znalazł

Ale to i tak małe piwo przy Maciejach z Brackiej
Wczoraj im się proszę pani wycieczka z Tokio nawija
Żółtki z dołu ślepią w dzwon na katedralnej wieży
A Macieje na szczycie sssiiikkk że się urynał

Jak łzy za przeproszeniem króla Zygmunta
Po japach rozdziawionych polał
Łykali te łzy żółtki i ślepili dalej
Płaczący dzwon wywieźć go chcieli dla cesarza za trylion

Ja tych bajdur nie kupuję Macieje jak Macieje
Na dlugość z każdym innym wygrają jak Zawisza na kopie
Sam byłem przy pomiarach katecheta niech grozi egipskimi
Plagami a tylnie ławki i tak swoje do miarki

Katecheta rózgą siostra Joanna różańcem
Jak już to już niech się niebo wali wideł piekielnych się bać
Ale zasłona świętej tajemnicy niechaj się wreszcie rozedrze
Objawi kto gdzie i co tam za nią

Krzyż pod kasztanami za świętym Mikołajem
Tam się grzeszy jak z nut pije wino mszalne a jak się
Miętuska nawinie robi świntucha za świętą Magdalkę
Wszystko to proszę pani i proszę

Jezus wisi jak wisiał ziemia nie pęka pod stopami
Niebiosa wiadomo że to ckliwy szlagier
Lepiej się modlić do rozkladu jazdy przed Dworcem
O pociąg i cel dla pociągu żeby pociąg wzbudzał

Modlić się grzeszyć jedno i to samo
W konfesjonale słowem myślą i uczynkiem
Klękam choć wiem że pusto nad głową więc po co Jasiu po co
Jedna dewodka pani ją zna mówi że Bóg jeśli go nie ma

Rzeczywiście to modlić się żeby był trzeba jeszcze bardziej
To mi się podoba odtąd się modlę jak za żart
Żeby się śmiechem udusił każdy kiedy go usłyszy
Taki Dercz sąsiad suchotnik w wonnych łapciach

Gdyby zdechł a nie charkać zarazkami po balkonie
Trupa bym zakopał za Prądnikiem
I do opróżnionego pokoju z kuchnią
Wybił przejście od nas za szafą kłódki trzy na szyfr

Tak Jasiu nie wolno gdyby Bóg miał śmiechem
Śmiertelnym szafować chyba by się z litości śmiechowi
Zadusić dał pierwszy skąd wiesz sąsiad w galopkach
Może zagląda do ciebie z balkonu

Nacieszyć się puty co twoim Jasiu szczęściem
W tobie jutrem świata świata o którym sam marzy na próżno
Za krótko raz się do mnie przy lodach proszę pani
Jeden dosiadł jasnowidz twierdzić

Że życie mierzy się nie dlugością ale jak głęboko sięga
W chaosmos pytam co to kosmos to struktura tłumaczy
Chwila praw a chaosmos to reszta wokół nieprzewidywalna
Nie do ludzkiego poznania bezwieczna jak On

Wielki Nieobecny mam go na taśmie
O Bogu o co nie zapytać a że go na kradzionym nagrywam
Tego się nie domyślił nawet wtedy
Jak mu chciałem opchnąć cacko za dychę razem z jego prawdą

Jasiu strach jak ty się Boga nie boisz
Mówić na głos straszne słowa
Twoja szczerość to gorzej niż grzech kradniesz urwisie
Żeby się przechwalać przed podwórkiem

Pani mnie nie docenia proszę pomysleć co lepiej
Konać ze  śmiechu ale w Panu czy się dusić płaczem
Teleskop w rękach łzy pod mikroskopem
Żeby nigdzie na cień po Nim na pióro po aniołach nie trafić

Jeśli grzeszy się tak i lunetą
Lepiej miastu w okna zaglądać niż w niebo
Jak i szkłem powiększajacym
Szperając w zagadce najnowszego skobla

To powiem pani
Śmiech czy płacz łzy ta sama Wieliczka
Bóg isnieje czy nie
Chyba że wziąć pod lupę kościelną gimnastykę

Teraz pani wie dlaczego Walezjusz nie klękał
Maszruta nabożeństwa przeszkadzała królowi w skupieniu
Na boskiej tajemnicy a mnie ja Boga szukam wszędzie
Gdzie tylko oczy poniosą pod nieobecność na religii i mszy

6.

Poza nami dwoma nie było w Zoo żywej duszy
Gdyby zwierzęta ją miały strach przejść by obok Rzeźni wzdycham
A przewodnik przygoda radzi nie śpieszyć z odpowiedzią
To prawda puty była mama karmiłem małpy chałwą

Fikołków zgryw wdzięczności im nie stało
Po kratach po huśtawkach po jednej i wspolnie hałastra ale kiedy
Słodyczy zabraklo kiedy w pusty staniol kamyk zawinąłem
I fruuu im małpiszony dobrze nawet nie obwąchały i ze skoku

Szczyną cierpką że hej pastwić się nad moim cieniem i zapachem
Z ich mord  każdą zmarszczką zieje że się w nich
Coś jakby dusza zadręcza durnym dowcipem
Odpłaca pięknym za nadobne

Chemia chemią fizyka fizyką naczynia połączone zgoda
Chociaż duszno ale jak to wzruszająco przewodnik mi objaśnia
To o nią właśnie o duszę w mojej piersi cały ten proszę pani
Spór cyfr i liter najlepszy to dowód że istnieje

Że udzielać innym można tylko to co się samemu posiada
Staliśmy akurat przed żyrafą to duszy sprawka ze człowiek
Się różni bardziej od człowieka niż żyrafa od żółwia
Z pozoru bracia Prosektorium wyjaśnia szkielet tylko ten sam

Tygrys bengalski rozumiem i polarny struś i boa
Że w klatkach bo inaczej by ich Kraków gdzie oglądał
Ale po jakie licho więzić pospolitego wilka
Co sumienie na to a przewodnik że wilkom w Zoo bezpieczniej

Że wolne pewnie do dziś by się nie uchowały pytam
Czy to źle czy dobrze w muzeum wiszą przecież malowidła
Ile się z bestiami naród naużerać przez wieki naużerał
A on na to łaciną że ludzie gorsze niż wilki w zimie

Komu wierzyć proszę pani takiemu przewodnikowi to grzech
Jeśli racje ma spowiednik pani się pewnie też
Z nim nie zgodzi bo inaczej po co pani trud po co pedagogia
Jeśli na postępy z góry nie ma szans

Pożegnałem go narty do stóp i w las nie nie robię tego często
Ale ciągnie zawsze oczy zacisnąć jak pięść i Wolskim w dół na ślepo
Skałki uskoki świerki powalone lepiej nie wołać o ratunek
Gdybym skręcił kark bo pierwszy w głuszy usłyszy głodny wilk

 

7.

A o pracy nasz Jasio ani słówkiem jakbyś się nigdy nie zamierzał
Podjąć obowiązków milczę bo myślę jaką wybrać
Tata mówi że wybór skończył się z komunizmem kim być dla innych
Dzisiaj dla siebie prawo dżungli byle więcej i więcej

Wybierać znaczy Jasiu co najmniej dwie opcje możesz wymienić swoje
Jeśli już to widzę się stróżem w składnicy dekoracji na Reja
Budynek ten zółtawe trzy cztery piętra nie ma okien
Mało kto wie czemu słóży jakie się w nim kryją tajemnice

Co ty pleciesz Jasiu jakie dekoracje widzi pani mam rację nie wie pani
Dekoracje sceniczne do Fausta nie mogłem się doczekać
Kiedy dramat zejdzie z afisza żeby przejąć laboratrorium alchemika
Na własne widzi mi się może mi też się uda znaleźć pożyteczne zajęcie

Jak jemu na sam koniec w Holandii łatać zapory żeby morze
Wiatraków nie zmyło przez chwilę być szczęśliwym a podobno starczy
Za całą życiową próżną w większości chęć i wysiłek
Chyba że mnie babcia haftować ślubne suknie nauczy

Patrzeć jak się esyfloresy jarzą u stóp panny młodej
Przed krawieckim lustrem kiedy jej się marzy małżonek i łoże
Na przykład pani czy nie żal życia na zgraję opornych bachorów
Odpowiesz sobie na to Jasiu kiedy mnie już nie stanie do piątek i dwój

Na pewno nie jeśli mi sam nie pomożesz wyobraź sobie
Że to anielskie skrzydła przycięte do ludzkich potrzeb twoje dłonie
A starym przegranym dekoracjom zdejmiesz z serca kamień
Niechby i nikt wam nie miał zaklaskać nikt wywoływać na bisy

No i proszę nawet i ta propozycja to rabuś
Da pograć Fausta z małej f
Ale wszystkie inne wybory atrapy do Hamleta
Do Księcia Niezłomnego z Groteski do Oniegina w Operze

Odstawia szczurom na żer
Pani rozumie bez jednej próby bez przymiarki
Jakby w weselny kryształowy kandelabr wkręcić
Tylko jedną oszczędnościową żarówkę

 

8.

A Ojczyzna Jasiu jak widzisz jej jutro wczoraj i dziś
Jutra takiego jak dziś lepiej w ogóle nie zobaczyć
Wczoraj mogło być o wiele lepsze tym żyję
Na przyklad Grumwald owszem zwycięstwo ale wstyd

Pożodze lipca i kuszom której chrześcijanie nie mogli
Pod słowem Zawiszy używać wtedy przeciw chrześcijanom
Mszom polowym sześciu pod rząd to im dzięki
Bo powalily ogiery pod zakutym w żelazo krzyżactwem

Zanim do rzezi Jagiello dosiadł król rumaka
I wtedy bym nim chcial być ani Polak on ani katolikiem
Gdy miecze nad koroną skrzyżował przysięgając najeźdzcy
Bramy przed sąd boski otwarte nim się słońce zlituje i zajdzie

Albo Jan III Sobieski przecież to na oko niemożliwość
Czterdzieści tysięcy przeciw milionowej Hordzie
Żeby zrozumieć ten cud trzeba ucha nadstawić
Jak husarskie skrzydła zagrzmiały

Skrzydło jedno takie w muzem WP zbadałem
Sam szatan kopiował od własnych
Każdemu huzarowi po jednym bo po dwa nie zdążył
Ale wystarczało

Huk że go żaden koń pod nim nie ujeżdżony nie zniesie
Pióra orle kulki ołowiane szarpane wichrem i galopem
Huk mowię pani większy na tamte czasy niż dziś przelot
F-42 trzęsienie nieba nad Balicami

Że won od Wiednia precz araby Allaha ale Polska co
Rozbiory i powstania Kopciuszek sierotką po Kościuszce
Palec ją świętego Stanisława kara zamiast
Wskazać dokąd i z kim tata puka się w czoło

Na zdrowy rozum dać czterech liter gdzie popłaca
Żeby przynajmniej raz szala Historii przeważyła się
Na naszą korzyść wiek od dziś żadna zwłoka
Polak wytrzyma jak musi pan od algebry ma rację

Polska to Ojczyzna negatywami na nie
Jeszcze nie zginęła
Puści się w tan ale jeszcze nie dziś etc itd
Zamiast jak inne ojczyzny wychylić się w jutro

Gruchnąć twórczym hymnem niechże się lud
Na pamięć uczy jaką Ojczyzna chce być być żeby nam rąk
Do niej nie było żal żeby wyrwać dłonie rodaka z modlitwy
Do działania jak pan od zajęć ręcznych radzi pani wie

9.

Przyznasz się Jasiu czy nie
Narządów płciowych czy dotykałeś już innych niż własne
Wszyscy to robią nie zdradzę pani kogo badaniom poddajem
Jej cipka ściska jak rączką niemowlaka

Flet się spręża jak dzięcioł
Do pukania w drzewo genealogiczne w dziuplę w spazmach
Po trzy razy każdy i tak dalej aż się nie powiem pani kto
Znudzi wszystkim jak flaki

Co innego jak mnie matrona w żałobie w kinie
Przyszpilila raz parasolką
Słodko i bezwładnie że bronić się nie chcialo się chcieć
Niech się wdowa pocieszy wie pani

Szminy żałobnej do domu przyniosłem że zabrakło tri
Co się jej jedna z warg starła inną się malowała
W ciemnościach taka wyga zwinna
Nie dziw jeśli skonać mi przyjdzie z tęsknoty

Ale tak naprawdę żeby się w kogo zapuścić na serio
11 listopada z defiladą Huty za otwartym oknem
Na Góźwie córce młynarza z Kielc
Głębina bez dna jakbym się w praprabagnie topił

Zapaść się cały nie zapadłem ale o włos a byłbym
Góźwa wrzask gdym się jej kłaków uchwycił
O więcej lepiej nie pytać chyba że pani proszę mi wyjaśnić
Jak to jest z tą prakałużą ma ona dno czy nie

Rozkosz wszystkie grzechy ma za nic
Straszy katecheta zwodzi w niewybaczalny wybryk cielesny
Z cnót charakteru nie pozostawi jednej nie wywróconej na nice
Ale jak dać w kinola każdy dotyk rajski nie trzeba wdowy ni kin

 

10.

A co Jasiu jak dotąd widzi ci się w życiu najbardziej
Ryby chociaż nie złowiłem żadnej
Wisła rzeką umarłą tłumaczy doświadczony wędkarz
Co nie znaczy że łowić nie warto

I milknie jakby się bał ryb wystraszyć
Samo zarzucanie przynęty w toń zwłaszcza nocą
Kiedy gwiazdy na niebie i gwiazdy na rzece
Wiszą razem nieruchome kiedy pluśnie pławik

Cisza muzyką proszę pani miasto kurwie mać pozostawić
Niech się myśli snują jak chmury i fale
A nie jazgot pralki solony pas ojca i krzyżowa droga
Kląśnie mi czasem fala o brzeg pod stopą bosą

Jakby się jej jezyk nie dorodził nie nie trudno zgadnąć
O co fali chodzi pani wie i wie pani tyle mi do szczęścia
Wystarczy fala co pluśnie nie z wyrzutem nie w gniewie
Ale cicho w ciemności

Jak ktoś kto śpi i śniąc we śnie wzdycha przerywa wpół
Wyznanie prośbę bezrybna rzeka o co może prosić
Więc je po drodze nabywam
Karpia w sklepie dziś wczoraj na targu dwie płotki

Pocieszać nimi Wisłę
Bezrobotni grabarze może sobie pani wyobrazić takie fale
Bo mnie się płakać chce
Płakać jakbym miał nie przyjść na świat

MY BRUSH LIFE

8 of 8.

—–O what a tangle to handle – myself!

—–By the right of name, Jacek, I am the boy Hyacinth, the first human gods fell in love with. By sad succession, Apollo. And owing to dreams in sleep, Zephyrus the envious murderer. By succession, I mean the divine proportions of my body, inherited dear from the sorry Cracow cast. By envy, the trauma of seeing paintings I wished I could have had painted. They are always works, in that recurrent dream of mine, by a relative or friend, to torment me to the marrow for having missed on them so closely. It takes me long while, after I open up from sleep, to realize they, the works amazing in ease and novelty, inevitable and surprising, need not be envied – I seethe with fury, at their authors, furious with myself – quite the opposite, I should be happy, to have night dreams for such a generous teacher, and bring them out on the canvas next thing.

—–The day must have been green the shade of grapes that day. His lyre left hanging on an olive branch, Apollo reached for discus, inviting boy Hyacinth along. The famous Discobole of Fidias! I firmly believe it to be Apollo at the fatal throw. Little did he know. The god of winds, Zephyrus, just waited for his chance, in shades nearby the field. Mad for boy’s favors, he emptied his lungs out to the bottom, focused on the discus, and the boy was struck his scull open, his blood mixing with Apollo’s tears giving seed to the flower.

—–And that’s how my brush will have it. I will pile their heads one upon the other, the bleeding skull in black at the bottom, tear-streaming profile in laurels above it in mournful gold, and on top, in airy opalescent blue, the breath that killed, crescent turbulence vicious with its horn. My brush will strive for its lightest, to render the design in hyacinth’s mists of fragrance, with the flower itself, life size, blossoming into view in rich, ardent reds. Not that I am plotting my painting like murder, no. Simply, an hour or so ago, I sketched this whole in pencil, that’s why this detailed description, it’s a work in progress.

—–As I promised at the outset, the painting, when given life, goes to any person, who helps find my Mythology exhibition timespace.

MY BRUSH LIFE

7 of 8.

—–Neo Eighties I call them, the party decade. Stars of the day, these on the rise, and these in decline, drunk on champagne courtesy of Leo Castelli, under one roof, wheelchair de Koenig in one corner, and up start Haring in sneakers in the other, crowds ecstatic, rich in texture, big time America, taking the floor in between them, open for talent. Ease yourself out, memory dear. It was such a spoil to see them ram in, and how welcome they are today to remember, this walking disaster, a couple of evident losers on the loose, she a holy idiot child, for him, drunk punk loud mouth, to unload himself hysterical on her. There was in her this otherworldly aura, humble acceptance, with faintest gleam of a smile, for her sorry lot, whatever he chose to treat her to, ugly on drugs and vodka, ageing white in his tired boots and leathers. They lived someplace in EV, and I run often into them on the streets there. The high frequency gallery lights or the light of the hour, they remained the same pathetic show. They would be long forgotten, along with countless other life performers, that made the neighborhood the place where action is, as one Parisian put it for a green Berliner, but for this one surprise discovery my memory holds them dear and close. There was this art show in Tompkins Park one summer, with local artists free to hung work on the fences. Much of it, graffiti esthetics for most, got its share of limelight eventually, with much more gone and done for without trace. That’s where I discovered the humble moron girlfriend painted.

—–I consider her paintings a tragic loss today, Aeolian air gone from our breathing room, as I bring them back to mind. Her brush was joy sensuous and observant to follow, as it brought into view the EV of the hour, Watteau quick to catch this or that fleeting moment, now the Park in buds, dripping April showers, now nocturnal, fabulous with pumpkin-like lanterns, among tree branches, that spell for lost soul something urgent, indecipherable though, and everywhere familiar faces, the guy Amen in his high heel confetti skins, Irv Stettner at his happiest in love with one Dana in Veselka, Dondo the barber with Southern manner and Rickie the Ladder prankster, winds of time blowing us in and out of the picture with caressing breath…

—–I kind of sighed a sigh of relief in their luminous presence. The gal did what I wished I was doing, better still, for all her simple heart. But that was to be the last I saw of the troublesome duo, or her art. It pains to ask, why did I never once have stumbled into her painting on walls anywhere, as the neo party went on afterwards, in their absence? Blame the party disaster, that they were? The wreck her boyfriend, he might have pulled angelic girlfriend out of the scene, that she stays his whipping pole to no end, that the attention due her gifts never gets her, yes, chances are, but where, where would they go? Impossible in NYC, they would sure end up in institution everywhere else.

MY BRUSH LIFE

6 of 8.

—–As long as his paintings remain in the working space with their author, they are his best guide in developing manner and theme. Like masters of the trade in the old day, we will not only continue working on them – Degas was known to repaint his ballerinas long after they hung in the Louvre, or Cezanne, he struggled to bring out of the same raw linen cubes of St. Victorie years into his fading sight – first of all they will dictate upon us, our work so far, what to do next with the brush, abandon it for conceptual, ephemeral experiment, or accept the niche, where epigones bask in faded glory, and paint for connoisseur, friend, rather than for investor.

—–I might have had left wrong impression, that my Mythology group is all that I amount to as NYC painter. That’s not the case. I am in possession of several other groupings, decades in the make and scope. NYC Night Life with confetti fire works and tribal dances. Drunken City, a narrative with perspective in sudden shifts, just as a drunk reveler sways, trips, gets up, his point of view along the way at gravity’s mercy. Souls of the City, like a red fire hydrant with solid brass crown above it, spikes up, that no man or bird ever dares sit on it, like the claustrophobic passage forwards, that the white cane negotiates for the blind in the rush hour midtown. Hanging Gardens, painted for beauty that’s in sorry lacking in our town and lives, Fifth Day of Creation and Fern’s Nocturnal Blossom for the centerpieces, light itself a martyr, this and that painting getting lost, repainted, and missing again, from my keep.

—–I call them theatrical, a freak show, tools and toys at war in day glows, as yet to be taken on, with either the brush in its fluency, or message in its subtlety or urgency, taking the lead canvas to canvas. To paint and draw simultaneously, with one seamless motion, much like the bow on violin strings, in a repetition-free narrative, or, rather, much like fencing for dear life with the canvas void, for the dear life of still objects, as was the story with Chardin, meditating on the skyless, dusty, tired scenes the Age of Enlightenment disclosed, a soap bubble for bursting in wash or play, or with van Gogh as he blazed with sunlight and absinthe, groping for holds, thistle explosions under bare feet – that’s how I lend my hand in services of beauty. My beauty isn’t the kind, that Beauty Salons provide, a la this or that fashion. Skies reflected in a littered puddle call my brush to the same quickness, with which I take leaps over them, but I must not miss the sorry truth, how skies, once a realm divine, have turned to space craft junk yard, our urban hour here below given to condoms, beer, syringes, whatever gutters carry. It is good if the painting looks better upside down, when purely formal aspect is contemplated. Depths serene, reflected next to some half submerged object in early sun light, should entertain the eye even more, when we do not quite read, what we stare at.

—–This unappetizing motif, urban puddles, has my brush busy long years. My brush’s true narrative, their beauty, is in how hypersensitive eye struggles for something worth seeing in everything it happens to look at. Imagine a gust of April wind bruised on the broken, discarded umbrella, and you are close to my ideal, if I were to paint myself a metaphoric self portrait.

—–Speaking of portraits. Portraits are one thing, and the likenesses, the kind Central Park craftsmen produce, is another. Let me help myself with following episode, to explain the difference. There was this evening class in EV, drawing from nudes, and I went there one winter, scared for my sanity, to examine how much still I was in touch with realities around me. The whole Village walked nude for a couple of us easels. Next to me worked two Orientals. Efficient and precise way beyond Ingres, they produced two, three identical studies for the same pose, but then, when they looked at my work, they went asking, where I see the beauty, that their perfect studies miss entirely, pointing unawares to the manner individual, how what’s seen is rendered. Not that I did the model any prettier, then she was, with her pimple over upper lip the way of cosmetic arts, but that in few airy lines I happened to enclose her youth flesh and soul, eye lids down on her fancy, Watteau’s folds of shines and shadows on her transparent.

—–If the portrait is a half way encounter, on the canvas, between the model and the artist, as it should be, it explains a great deal, why Rembrandt would age starved for paying commissions, and why Velasquez, producing likenesses of the King for the far flung corners of His dominion, never run short of them, many rushed on the next day terms, to be presented in countries still awaiting conquest, but never in the end to be taken.

—–Rembrandt portrays his sitters in light of divine grace, penetrating and forgiving, often through the very characteristics, that they would rather conceal, if they had a choice, whom the old drunk uses for Herod, and whom for Lazarus, in his biblical theatre. Velazquez is urbane. His characters are caught in act of self discovery, the light being that of the passing day, Venus with the Mirror a hymn to human marvel. They walk into painter’s studio unannounced, with a tale, drink, or to plea for alms, and Diego’s brush accords them welcome worth eternity of looking. The King is exception. It is the artist, who goes to royal studio, and not the King to his, if anyone had to go anywhere at all. It’s believed, and plausible, that the last several examples of the royal portraiture were produced from memory, the reason the so called curse of Hapsburgs with good Philip IV, if memory serves me well.

—–And this for the night cap! Whoever ever went for beers to Lucy’s in EV, they should remember the owner behind the bar. Her load of bleached curls resembles this of a Roman medusa in the Met classics. The portrait of her, that I’ve done years ago, catches Lucy at the smile, when the entrance door shuts behind a new client, a scelet welcoming you to your own funeral, 4. 50 a shot. The greens of La Gioconda, cig smoke for clouds, slick shadows to serve. It took me hundreds of entries into her joint, and the portrait gets better every time I give it a glance today. It’s her to the dot, our Lucy, is it for sale, I hear when I show the canvas around. But god forbid she should see the painting, Jacek, I hear in addition, obviously for the pain it would cause under curly wig load.

MY BRUSH LIFE

5 of 8.

—–In Europe, the title of court painter invokes Velasquez’ Las Meninas. The artist, at the easel, undisturbed by presence of royals, painted himself taller than Their Highnesses are, reflected in a distant mirror. That inch or so went a long way in Escorial. Artist was above human. Like Michelangelo earlier on, when in his Inferno his brush included a portrait of one sitting cardinal. When His Eminence protested to the pope, His Holiness shook his shoulders. If Michelangelo put you there, even pope cannot do one thing about it…

—–So I was all pride and resolve one morning back in my neo years, to learn that I have been elevated, in services of the Polish Daily News, to the status of these grand antedates of painting. On the way to the offices, I carried myself with lordly airs, tools of the trade in my satchel, entrusted with me for the most demanding of missions. The commission turned indeed to involve court, but the one corner of Broadway and Chambers. A Polish woman stood trial there on nasty charges, hundreds of thousands embezzled out of illiterate illegals, her folk in Greenpoint, but that the cameras were barred from the premises the paper figured my pencils might do instead, and issued me necessary credentials. I was scared for my eye-to-hand stiff, if skills match the task. The accused soon figured I was working on her, as she sat three or four rows in front, waiting for her case to be called. It was a trois en cadre right on, but from behind her, her ruffled hairdo for most of the drawing, her nervous, vicious profile seen in blinks of eye, as the accused shot me furious glances over her shoulder. She wasn’t alone. The guys around her, good I didn’t draw their mugs, as they stared me down, so much so, I wondered whether I will get back to the office in one piece.

—–The result of my efforts, fear of justice caught red hand, carried enough likeness of the felon, that the paper run it first page. I wasn’t necessarily fond of that portrait, so I was only dashed, seeing on the same page a drawing by Leonardo do Vinci reproduced for unrelated news, my pencil standing its own, modern and true, next to sfucatto face of Renaissance ideal.

—–But that’s where my court painter career has been terminated. There were not enough many newsworthy cases in the community, on the one hand, the paper explained, adding on the other, that for the safety of my own person, I shall be only glad, glad and grateful, for their difficult decision.

MY BRUSH LIFE

4 of 8.

—–I owe brushes and pencils life several times so far. To begin with, in Communist prison in Poland, where I saw my eighteenth birthday. An angel in every word and move, sharing a cell for four with five inmates, I survived the hell of it with my face and ass safe, owing to tattoo designs I drew for the gallerians, old name for the slave or convict oarsmen appropriated into prison lingo. Tall ships were in demand, each needed to look different, or I better not go take weekly general shower. With sails up, ships resemble a cloud seen through prison cross bars, and that’s how far this particular tradition goes back, I figured, tall ships of piracy ruling high seas in 1800eds. Next to tattoos, I was sketching portraits, studious for time the sentence clocks afford. Portraits of time wasted on cruel endless torment, behind the knot of features hearts pushing the celestial clockwork for faster beat. The felons liked the drawings enough to let me carry booklet out of jail. Not so with my scribbling. I was to allow gallerians destroy my diary, or I was declared a snitch, to be punished accordingly. There was a rape going on in our cell, a seven years sentence for killing his two neighbors, missing leg and arm from that fight, fucking a boy, but saying anything about it to guards meant death in the entire penitentiary system in Poland, way on the outside also. And now the boy had to eat, literally, all the paper with my hand writing on it to the last page, an hour or so of chewing and choking and tears for the lad, and for the diarist in me, a one terrifying lesson.

—–My prison schooling in art of tattoo could have had made me a millionaire here, in NYC, if I chose gross absurdity for freedom. The St. Mark’s Place of my first day in EV had a number of shops sporting their designs, winged sculls for most, dragons that come alive on athletic muscle, eagles, flaming hearts. I could have had walked in, drew my prison sail boat for the boss, the soul of sweet liberty, and I am certain I would never have to wait for rain to end one damned night in the Chinese gazebo in Central Park. That was one choice I had in my struggle to survive, the other being, for $700. 00 a week, an enormous sum these years, go go dancing around Christopher Street, my apollonian proportions and graces given to sickest phantasies and desires of any paying prick.

—–As luck would have it, out of the blue an invitation came my way, to meet with Salvador Dali in St. Regis Hotel, where he lived and worked. I was to confront a living legend of XX Century art. For that occasion I took with me my old prison sketch book, that a true master, with him History, judges my skills worth of cultivating, or not. The meeting took place in the hotel’s ornate library, Dali arriving impeccable in black, his mustache at the sharpest, models galore around him, camcorders, mics. Neither his or mine English was enough handy to converse, but Dali didn’t need words. He started puffing and sighing, Hmmm and Mmmm and Ahhh, turned his bulging orbs, his body language a tale full of question and exclamation marks, his focus caressing me with electric sparkle, but when I asked my translator, what does that pantomime mean, she said our host was poking fun at my own manner and looks, caricaturizing them for my sakes. I handed her the sketch book. Please, ask the master to look at my work. The arm chair acrobatics ceased when he opened it on the page with dates and place of execution. How sweet to my eyes were the slow minutes, while he went from one convict portrait to the next, attentive, receptive to the hilt, in the end to ask hotel service for a pencil. It was brought in on a silver tray minutes later, and with it my jail studies were completed by Dali’s famous, slash-dash signature, one after another, several pages in row.

—–And look! How surreal indeed, to pray today for thieves, that they take good care of their precious loot. Salvador Dali was soon after gone back to Spain, on the King’s invitation, given there a castle and nobility, death taking him with Gala’s name on lips, his Philip IV mustache bristling. And the sketch book he signed, it was stolen along with a chest of personal treasures, and – let’s wish – puzzles now academic circles, how happened, Dali was in Polish prison back in ’67?