MENE TAKEL FARES

by Jacek Gulla

 

MENE TAKEL FARES

…a siadając do stołu uczony Żyd
jakby od niechcenia zauważa
z osobna każdyśmy wielki
ale w kupie problem

problem przez takich
jak on mróga do mnie
matka ateisty w szafirach
starszych niż Torah

wdowa po ojcu syjonizmu
z kolei kopniaczek pod stołem
dostał mi się od wnusi
z nóżką indyka przy ustach

chorej z urojenia
lecz z talentem nad podziw
natomiast córa oko w głowie Nauki
milczła jak zaklęta

o niezliczonych zaletach charakteru
jej kochanka goja
urażona wyższa a może
żeby się cnoty chrześcijańskie nie wydały

z kolei widok za oknem
świątecznego wieczora
czarny był i wielki jak Murzyn
co przez szybę patrzy na cudze zabawki

pobladł żebym go jakby co nie poznał na policji
pokręciłem głową nieznacznie
żeby mnie na gorącym
kto przy Święcie nie nakrył

i tak dzieliliśmy ptaka Dziękczynienia
chyba do północy
brat uczonego zwłaszcza dentysta
co na dwa zestawy zębów w ustach

albo szczękał po kościach
albo szczerzył uśmiech
a każdy stołownik po sto cieni rzucał
w głąb domu tuż nad Atlantykiem

jakby się wokół Siedem Plemion zbiegło
nikt się tu nie modli
wyszeptał uczony niby to do siebie
po czym mózg tłumaczy

im czaszka mniejsza tym w niej
więcej zwoi jasność w najmniejszej
nawet głowinie to spokój w sercu
nawet i największym a mnie w sercu

zagrały hiszpańskie gitary jak dwie cztery osiem
potrafią o tym samym a każda inaczej
na co rajcowna wnusia
pod stół daje nura

każdy świadom za czym
ale każdy milczy
nad swoją porcją prawdy
milcząc każdy z inną miną

co tylko dla Goyi
nie było by problemem
jeśli chodzi o portret zbiorowy
mnie jako najmłodszego

w porę tańców matce rodu
pozwolono czarować na kanapie
smutek jak rubin co waży coraz cięższy
na więdnących palcach

chciałabym i pragnę ale nawet synowi
wybaczyć nie potrafię wojny
czy po to go rodziłam
żeby mnie śmiercią straszył

natomiast Murzyn za szybą
barwy zmienił na indiańskie
i kiwał na chętnych
pokojową fajką

pod pozorem naturalnej potrzeby
ruszyłem szukać jakby wyjść do niego
wszystko poza pokojem gościnnym
zbyt obszerne wielkie

jakby ze skraju światła w wieczność patrzeć
wieczność zbyt przepastną
nawet z szaleństwami wnusi
co nawiedzają szafy za pełną kieszenią

fortepian biały jak słoń z zapomnianej bajki
lustro co widzi tylko co nieznośne
buty ale trzy do pary
węzeł co połknął długi krawat w kącie

w puzderku złote krugerandy
jeszcze więcej klejnotów
te szczerze otwarcie już niepotrzebne
kto by je miał nosić i przed kim

mikroskop pamiętający Freuda
sprawdzać czy aby skarb prawdziwy
także więcej okien
ludzkość cała za nimi się tłoczy

nawet szaty buddyjskie
takie święte że puste
nawet kostiumy sceniczne
ciężkie przemilczaną resztą

psiak co ocalał z wypadku
jakby straconą rodzinę wywęszył
w biesiadnikach
macha urwaną lapą

szczudło wierny świadek ozdrowienia
tłucze się o uwagę
księgi nieczytane
prastare znaki

żeby nie zapomnieć
że każdy
z dnia na dzień
znaczy coraz więcej

wyrocznie
których na czas
nie sposób
zrozumieć

I Co Komu Z Dyjamentów jeśli na tabelach
wartości zrównamy je z zerem
grozi głodna ludzkość a wnusia się chichra
jakby normalność głupsza była niż ona

zero zero będzie wtedy najdroższe

ile to już lat ileż lat jak się koniec świata
odwleka ze zdumienia że nadszedł
tak trwa tylko to co mija
z tamtm naszym obiadem dziękczynnym

z tamtym naszym indykiem
z polskiego przysłowia w Ameryce
choć fale Atlantyku dawno już
wylizały po uczcie ostatni ślad i cień i echo

Advertisements