LADDER

by Jacek Gulla

O NIECH WRÓCI

Do mnie stara wyslużona drabina
Światłem szafować nad stołem
Drewno szczebli stopom długo oddane
Lampami w górę i w dół manewrować

W pnączach kabli ptactwo natchnień
Niechże ona jak i tamta pierwsza
Rozkwitnie pąkami mi nad głową
Nad papierami pochyloną śniącą winić

Miasto najpierw mi dziwaczkę zarekwirowali
Dla Brooklyn Botanical Garden ale tam
Z niej się wszystkie kwiatki posypały
Naga sękata starość w magazynie młodego

Aluminium dobra może na święte relikwie
Na drzazgi z drabiny we śnie Jakuba
Żeby je do warg tulić
Gdy się już uporam z treściami jej aureoli

I proszę jak dzielnica odpowiada drabina
Dokładnie ta o którą prosiłem czeka na mnie
Za rogiem przeprasza za wygląd wdowa
Po dziatkach co do nieba uleciały

I teraz każdą muterką każdym ścięgnem
I stawem wisi mi nad stołem jak pytajnik
Lata daremności to jej welon żalobny
O cienia naszego żadna lampa nie rozjaśni

O GIVE ME

Back my tried companion from the past
A ladder for lights over my writing desk
Must be wood best well worn footwork
Clip lamps adjusted to need up or down

The rungs lumini inspiration pure
Lo and behold like my old one let this one too
Blossom real buds right above
My head low over letters blind beyond paper the city

First they took the variant to Brooklyn Botanical Garden
It shed them wonder blossoms there a regular
Well worn footwork of rungs again
An eye sore where new aluminum ladders are stored

Good at best for articles of faith
Rungs from Jacob’s heavenward vision
To be prayed to
When I am done writing down light’s worth

And look see how the ‘hood answers a ladder
Just described materializes three houses down
Brought in cuts a sorry character a scelet of the dreams
That went up its well worn rungs

Each screw in it each wooden sinew each rusty joint
Sound a question over my head now
Beat for years of abandon shadow her funereal veils
No no lamp light can penetrate our sorrows none

Z DZIEJÓW PĘDZLA

———————————do Andrzeja Starmacha

Piszę do Pana panie Andrzeju bo nie napisać nie sposób
Z obrazami wokół to święty obowiązek
Ważka elokwencja pędzla w załomie szarego dnia
Spektakl światła i przedmiotu od Adama z Ewą po Apokalipsę

Miałem przyjemność poznać Pana przed laty
W nowojorskim Konsulacie RP zapraszał mnie Pan
Do kontaktów ale ja orbitowałem samotnie
Poza strukturami dot com komunikacji los artysty to święta

W porównaniu z dolą wielkomiejskiego filozofa
Cierpią tyle samo ale artystę jak to się mówi piękno żywi i pieści
Przed wyjazdem do NYC byłem w Krakowie członkiem ZPAPu
Wprowadzał mnie J Bereś i H Stażewski

A o Tadeuszu Kantorze myślę i piszę z głęboką wdzięcznością
Jako że w furiach unosił się przed Cricotem jak ojciec mój nade mną
Gdy po ścianach po obrazach cienie miotał szarpiąc pod szyją krawat
Ja się łudziłem że mi syn artysta cztery nasze kąty w ogrody przemieni

A ten mi z domu co zrobił Trupiarnię to prawda jakby się pędzlem
Dało do życia zwłoki przywrócić moim plenerem grzegórzeckie Szpitale
Gmach Prosektorium gdzie w snach snułem się po salach AM
Szukając bez skutku ciała mojej młodej matki

To Kantor wywiódł mnie z mentalnego prosektorium w happening
Leżałem mu raz na noszach do Lekcji Anatomii
W ideogramy konceptualne duchowych przygód
I martwił się gdy wyjeżdżałem że art supplies drogie w Ameryce

Wyżyję z Działań wolności dzięki ale to się szybko skończyło
Wyśpiewywać zachwyt czy bunt w harmider nowojorskiego traffiku
Można najpiękniejniejszym nawet głosem a kończy się jak
W moim pierwszym poemacie po angielsku Apollo

Na Aspirynie ledwie chrypiąc o centy przy zejściu do subway’a
Pióro tańsze niż pędzel i farby niż światło i pracownia
Więc się pióra chwyciłem chyba z anielskiego skrzydła
Bo ani się obejrzałem a pisałem w prasie iluminacje wystaw

To akurat jakoś wtedy w laboratoriach pustki bieli i minimum
Posypały się po ścianach galerii talerze Juliana Schnabla
Znaliśmy się z lat gdy Julian kuchcił w modnej restauracji
Więc cała ta gorączkowa barwna przygoda z Neoekspresjonizmem

To jakby pędzel w Krakowie porzucony dogonił mnie w SoHo
I malował co ja powinienem był malować co musiało być malowane
Dłońmi kumpli od wernisażowego wina u Leo Castelli
Żyłem tym winem i serem długie strome lata

Co wieczór niby Wyspa Gwiazd art world ratował neo
Diogenesa od śmierci w śmieciach ulicy Clemente Warhol de Koenig
Reszta fraterni plus euforyczny młody talent dnia
Piękniejszego legionu niż my Sztuka nigdy dotąd nie miała

Kiedy Neo ’80 rozwiały się jak sztuczny raj AIDs narkotyki bankructwo
Pędzel znowu został sam czekał cierpliwie aż po niego sięgnę
Sięgałem raz po raz bo pióro to agonia noce na haku pytajnika
Miasto i życie jak gwóźdź o który zahaczyła się szczęką głodna mysz

Podczas gdy pędzel pędzel uwalnia od pytań łącząc jak w szermierce
Oko i dloń malowałem seriami jak przykazywał Kantor tylko wtedy
Kiedy miałem coś nowego do powiedzenia to trudne to co miałem
Do powiedzenia wynurza się z każdej serii jak przeszłość z wykopalisk powoli

Niekonczonce się fajerwerki NYC w Neo Eighties
Dusze Miasta Pijany Manhattan Mitologia Męczeństwo Światła a la Watteau
I Wiszące Ogrody to grupy do których od kilku lat dodaję z dnia na dzień
Kolejne płótna uczestnicząc przy tym w tzw art life social

Do listu tego panie Andrzeju zmusił mnie jednak dopiero mój ostatni cykl
Dziewięć Obrazów i Drabina muza sprezentowała mi bukiet świetnych pędzli
Więc malowało się niby we śnie jeden potężny tydzień i wciąż
Patrząc na świeże płótna na drabinę z lampami przy stole gdzie piszę

Sen ten trwa pasja życia się spełnia spyta pan pewnie dlaczego
Zwracam się z tym listem do pana a nie do którejś z galerii na Chelsea
Krytyk i taki artysta dlaczego nie tam i niech mi pan wierzy
To dla mnie samego zagadka dlaczego jakby wydania się pod sąd

Odwlekam własny wernisaż zabiegć o łaski do dziś nie potrafię
Nie mój temperament jak by powiedział Kantor
Jawi się pewna szansa że obrazy wystawiać będzie ktoś w Padwie
W związku z premierą dokumentu o freskach Giotta

Więc transport dziewięciu płócien 30 na 40 inczów plus drabina żaden wydatek
Inna sprawa nie wiem co począć ze stustronicowym esejem
Przez Okulary Niemczyka pisałem go w odpowiedzi na jego Kurtyzanę i Pisklęta
Swoją stronicę prawdy szkoda że nie zachowano do muzeum literatury

Szkieł przez które Niemczyk oglądał świat tego monstrum
Poklejonej plastrem optyki z nimi na nosie nie trzeba krzywych luster
Naturalnie są tam i Krzysztofory i Cricot i pożar w Piwnicy pod Baranami
Życie nasze jak jazz żarliwe aż po wczesne hippiesowskie lata ,70

Dalej mój wgląd w powieść sprostowania do aneksu pani Ptaszkowkiej
Refleksje nad PRL wolnością sztuką i kapitalizmem
Czytałem w internecie że wydaje pan tego typu literaturę
Chętnie prześlę jeśli to pana interesuje

Mam poza tym stronę jacekgulla.wordpress.com po polsku i angielsku
Obrazy wiersze Ginsberg/Gulla Story także w polishartworld na google
e mail jacekgulla2.yahoo.com
Każde płótno obraz samodzielny ale z ich kolejności wynurza się historia

Na koniec prośba tytułu zapomniałem Par Langerquist autorem
O garbusie z hiszpańskiego Średniowiecza
Co to uczył się po świecie gry na gitarze żeby do wioski swej wrócić
Może to pańska małżonka przeczyta jakże ja się boję że to powieść o mnie
 

Advertisements