JASIU POWIEDZ

by Jacek Gulla

 

1.

Co jest duszą wolności
Kłódka
Dlaczego
Żeby darów wolnosci kto nie ukradł

Opisz kłódkę
Kształtem serce kute w żelazie
Ciężar że strach
Nosić by takie w piersiach

A w sklepie
W sklepach wysprzedane
Kradnie się je
Po piwnicach

Czeka się w ciemnościach
Na lokatora kiedy ją z kluczem
Odłoży
Poza aureolę świecy czy latarki

I po co ci te kłódki
Jak ich będę miał dość
Miasto zamknę całe
Przed ludnością

Puste miasto po co ci do czego
Być w nim kim mi się
Żywnie spodoba
Kim innym z dnia na dzień

Pomyśl co to za książę
Kiedy władać nie ma mu kim
Co za żebrak
Chyba zimny trup jeśli brak łaskawców

Nikt mi przynajmniej niczego nie zabroni
Ale też w niczym nie pomoże
A jak kłódek upilnujesz
Przed takimi samymi jak ty

Od tego jest policja
Aresztują cię pierwszego
Nie dadzą rady
Zamknąłem się już sam

 

2.

A przeciwieństwo kłódki
Okulary wytłumacz dlaczego
Kłódka zamyka świat
Szkła go owierają

I na co byś przez nie patrzał
Gdyby wokół nie było żywej duszy
Za ile jem
Choć nie płacę i tak dalej

A jak by ci się ceny znudziły
Odłożył bym patrzały na wystawę
Żeby na ślepo szukać coraz droższych
I tak dalej

Szkoda nie spojrzeć na siebie
Ja cały czas się widzę jakby mnie
Wszystkimi oczami historia
Ogladała czy się nadaję

I co widzisz
Z okularami na nosie siebie
Takiego jakim i pani mnie ogląda
A bez nich jakim jestem w sobie

Nasycić się nie mogę
Jakby się pełen skarbów
Sezam baśniowy we mnie otwarł
A nie piwnica pod ósmym

Nikt na mnie nie czycha
I nikogo żeby kto miał stracić
Gdyby się tylko dało co zwinąć
Ze skarbnicy wynieść na światło dzienne cało

Ale nie przekręt niemożliwy raz je ujrzeć skarby
A szkoła kościół dom fabryka
Ciasne się robią że w Zoo łatwiej oddychać
Farsa śmiechu nie warta

Nie mówiąc
Już
O wawelskich skarbach
Smykała był im pewnie za stróża

Nie tak Jasiu mówić nie trzeba
Ziemia to może pyłek na marginesach galaktyki
Ale my ty ja każdy jak małe atlasy
Stawiamy ją jej za sens

Mój pot wszechświatu za sens prosze pani
Jak to wytlumaczyć
Ucz się z tym pogodzić
Nawet gdybyś posiadł siedem biblinych mądrości Jasiu

Żegna się je nie wiedząc jeszcze więcej
Twoje kłódki
Wdziej w swym pustym mieście odpowiednie szkła
I spójrz uważnie mówisz

Że kształtem podobna do serca
Do serca co proszę pani kocha i kochanie w krew tłoczy
Choćby obiekt milości
Pożarła dawno rdza

3.

A rodzice Jasiu co oni
Na hobby syna
Ojciec się pietrzył jak zawsze
Pasy solił cieniami miotał po ścianach i grzmiał

Dopuki nie stracił roboty
Teraz mu się nawet i zamek do bocznych drzwi
Widzi i widzi od którego
Zacząłem konstrukcję naszego ferrari

A mama mama w Ameryce
Od dwuch lat nie mówi przy czym
Ale bez jej dolarkow
Zdechlibyśmy z zębami wbitymi w pusty stół

Jeszcze o okularach
Co jedne to inny świat
Trafiła mi się nawet para made in USA
Kiedy ją wdziewam zamykam oczy

I widzę mamę to samo co tu
Sprząta czyści pierze gotuje anioł
By nie wytrzymał pokoi nie zliczyć ile na dzień
Ojciec jak sobie strzeli drinka

Wyklina że to kłamstwo on dobrze wie
Skąd kasa lepiej żeby w ogóle nie wracała
Załóż radzę francuskie
Japońskie z samo-regulującą się ostrością

Ostrość wie co cię interesuje lepiej niż ty
A on sięga po zamek boczny i obraca nim w palcach
Ale inaczej niż ja ja zasuwkę zatrzaskuję na mur
On jakby wrota raju otwierał

Włosy mamy z zimowego kołnierza to wszystko
Co mu z raju zostało zakłada po trzy pary szkieł
Żeby widzieć ich więcej i biada
Wyplata pas ze szlówek rękami w szwach pani wie

 

 

4.

Wszyscy się czegoś boimy czego najbardziej ty
Zasnąć przy sterach rządu nie kresu cierpliwości że ojca
Razem z jego pasem solonym wymiotę gdzie za siedem kłódek
Żadne mu tam okulary nie pomogą

Niech tam sobie ćmi i ćmi Parlimenty od mamy
Żeby mu się świat wokół obrócił w popielniczkę
Stracił mówiłeś Jasiu robotę przy czym robił
Przy skalplach i piłach w Prosektorium ostrzył ale się

Nagle pierwszy raz w życiu zaciął i koniec
Bezrobotnego akurat tyle żeby Amorek nie skomlał
Gdyby się psiny ojciec nie pozbył przed bożym narodzeniem
Kto wie pieczeń na oko Amorek z sierści tylko odarty

Pani rozumie no to pas w ruch bo tknąć nie szło wigilii
Wali tym pasem oszalały pedant wylicza zwlekając
Jakby do obiecanych mógł w trakcie wymiaru kary
Dorzucić extra klamrę

Siedem osiem dziewięć dodaje a ja odejmuję tę liczbę
Od sumy wymierzanej język za zębami
Jakby nie zdawał sobie stary sprawy że gdybym
Się odwinął wyfrunął by z pasem księżyc albo dalej

Nie ojciec mi więcej nie straszny a pasy pasy to trening
Przed pasami losu proszę pani
To ich się boję nawet gdyby koniec świata  nie wypalił
Życie weźmie pod baty

Dziś mi pokrzywy i oset za boiskiem sprawiają zawód
Zawód Jasiu czym to wytłumaczysz
Marnuje się tylko ciekawość
Znają je zadymione nasze Grzegorzki

Jakby chwasty od zawsze repetowały trzecią B
Oset co prawda pod lupą oglądany
Można wziąć za dalekiego krewnego katedry Notre Dame
Ale niech no tylko los zagra z nami w kości

A stojąc przed nią w Paryżu modlić się przyjdzie jak Szopen
Ujrzeć raz jeszcze kiedyś kolczasty gotyk dzieciństwa
Tak pani od wieszczów uczy
Słowackiego Do Zosi na pamięć

 

5.

A Bóg Jasiu czy chodzisz ty do kościoła
Jak pusty to w deszcz ale nie na msze
Pan od historii twierdzi że całe to klękanie
Wstawanie żegnanie się i znowu klękanie

To średniowiecze żeby chłop od sochy
Nie spał przed ołtarzem
Tacy żeby nie przechrapały buraki na przykład król Walezy
Nie klękał i za to miał z klerem przegrane

Jak myślisz dlaczego król nie chciał ugiąć kolan
To pierwszy w naszych dziejach trawestyta
Hostię przyjąć chciał raz w ślubnych szatach
Żony ktorej u nas niestety nie znalazł

Ale to i tak małe piwo przy Maciejach z Brackiej
Wczoraj im się proszę pani wycieczka z Tokio nawija
Żółtki z dołu ślepią w dzwon na katedralnej wieży
A Macieje na szczycie sssiiikkk że się urynał

Jak łzy za przeproszeniem króla Zygmunta
Po japach rozdziawionych polał
Łykali te łzy żółtki i ślepili dalej
Płaczący dzwon wywieźć go chcieli dla cesarza za trylion

Ja tych bajdur nie kupuję Macieje jak Macieje
Na dlugość z każdym innym wygrają jak Zawisza na kopie
Sam byłem przy pomiarach katecheta niech grozi egipskimi
Plagami a tylnie ławki i tak swoje do miarki

Katecheta rózgą siostra Joanna różańcem
Jak już to już niech się niebo wali wideł piekielnych się bać
Ale zasłona świętej tajemnicy niechaj się wreszcie rozedrze
Objawi kto gdzie i co tam za nią

Krzyż pod kasztanami za świętym Mikołajem
Tam się grzeszy jak z nut pije wino mszalne a jak się
Miętuska nawinie robi świntucha za świętą Magdalkę
Wszystko to proszę pani i proszę

Jezus wisi jak wisiał ziemia nie pęka pod stopami
Niebiosa wiadomo że to ckliwy szlagier
Lepiej się modlić do rozkladu jazdy przed Dworcem
O pociąg i cel dla pociągu żeby pociąg wzbudzał

Modlić się grzeszyć jedno i to samo
W konfesjonale słowem myślą i uczynkiem
Klękam choć wiem że pusto nad głową więc po co Jasiu po co
Jedna dewodka pani ją zna mówi że Bóg jeśli go nie ma

Rzeczywiście to modlić się żeby był trzeba jeszcze bardziej
To mi się podoba odtąd się modlę jak za żart
Żeby się śmiechem udusił każdy kiedy go usłyszy
Taki Dercz sąsiad suchotnik w wonnych łapciach

Gdyby zdechł a nie charkać zarazkami po balkonie
Trupa bym zakopał za Prądnikiem
I do opróżnionego pokoju z kuchnią
Wybił przejście od nas za szafą kłódki trzy na szyfr

Tak Jasiu nie wolno gdyby Bóg miał śmiechem
Śmiertelnym szafować chyba by się z litości śmiechowi
Zadusić dał pierwszy skąd wiesz sąsiad w galopkach
Może zagląda do ciebie z balkonu

Nacieszyć się puty co twoim Jasiu szczęściem
W tobie jutrem świata świata o którym sam marzy na próżno
Za krótko raz się do mnie przy lodach proszę pani
Jeden dosiadł jasnowidz twierdzić

Że życie mierzy się nie dlugością ale jak głęboko sięga
W chaosmos pytam co to kosmos to struktura tłumaczy
Chwila praw a chaosmos to reszta wokół nieprzewidywalna
Nie do ludzkiego poznania bezwieczna jak On

Wielki Nieobecny mam go na taśmie
O Bogu o co nie zapytać a że go na kradzionym nagrywam
Tego się nie domyślił nawet wtedy
Jak mu chciałem opchnąć cacko za dychę razem z jego prawdą

Jasiu strach jak ty się Boga nie boisz
Mówić na głos straszne słowa
Twoja szczerość to gorzej niż grzech kradniesz urwisie
Żeby się przechwalać przed podwórkiem

Pani mnie nie docenia proszę pomysleć co lepiej
Konać ze  śmiechu ale w Panu czy się dusić płaczem
Teleskop w rękach łzy pod mikroskopem
Żeby nigdzie na cień po Nim na pióro po aniołach nie trafić

Jeśli grzeszy się tak i lunetą
Lepiej miastu w okna zaglądać niż w niebo
Jak i szkłem powiększajacym
Szperając w zagadce najnowszego skobla

To powiem pani
Śmiech czy płacz łzy ta sama Wieliczka
Bóg isnieje czy nie
Chyba że wziąć pod lupę kościelną gimnastykę

Teraz pani wie dlaczego Walezjusz nie klękał
Maszruta nabożeństwa przeszkadzała królowi w skupieniu
Na boskiej tajemnicy a mnie ja Boga szukam wszędzie
Gdzie tylko oczy poniosą pod nieobecność na religii i mszy

6.

Poza nami dwoma nie było w Zoo żywej duszy
Gdyby zwierzęta ją miały strach przejść by obok Rzeźni wzdycham
A przewodnik przygoda radzi nie śpieszyć z odpowiedzią
To prawda puty była mama karmiłem małpy chałwą

Fikołków zgryw wdzięczności im nie stało
Po kratach po huśtawkach po jednej i wspolnie hałastra ale kiedy
Słodyczy zabraklo kiedy w pusty staniol kamyk zawinąłem
I fruuu im małpiszony dobrze nawet nie obwąchały i ze skoku

Szczyną cierpką że hej pastwić się nad moim cieniem i zapachem
Z ich mord  każdą zmarszczką zieje że się w nich
Coś jakby dusza zadręcza durnym dowcipem
Odpłaca pięknym za nadobne

Chemia chemią fizyka fizyką naczynia połączone zgoda
Chociaż duszno ale jak to wzruszająco przewodnik mi objaśnia
To o nią właśnie o duszę w mojej piersi cały ten proszę pani
Spór cyfr i liter najlepszy to dowód że istnieje

Że udzielać innym można tylko to co się samemu posiada
Staliśmy akurat przed żyrafą to duszy sprawka ze człowiek
Się różni bardziej od człowieka niż żyrafa od żółwia
Z pozoru bracia Prosektorium wyjaśnia szkielet tylko ten sam

Tygrys bengalski rozumiem i polarny struś i boa
Że w klatkach bo inaczej by ich Kraków gdzie oglądał
Ale po jakie licho więzić pospolitego wilka
Co sumienie na to a przewodnik że wilkom w Zoo bezpieczniej

Że wolne pewnie do dziś by się nie uchowały pytam
Czy to źle czy dobrze w muzeum wiszą przecież malowidła
Ile się z bestiami naród naużerać przez wieki naużerał
A on na to łaciną że ludzie gorsze niż wilki w zimie

Komu wierzyć proszę pani takiemu przewodnikowi to grzech
Jeśli racje ma spowiednik pani się pewnie też
Z nim nie zgodzi bo inaczej po co pani trud po co pedagogia
Jeśli na postępy z góry nie ma szans

Pożegnałem go narty do stóp i w las nie nie robię tego często
Ale ciągnie zawsze oczy zacisnąć jak pięść i Wolskim w dół na ślepo
Skałki uskoki świerki powalone lepiej nie wołać o ratunek
Gdybym skręcił kark bo pierwszy w głuszy usłyszy głodny wilk

 

7.

A o pracy nasz Jasio ani słówkiem jakbyś się nigdy nie zamierzał
Podjąć obowiązków milczę bo myślę jaką wybrać
Tata mówi że wybór skończył się z komunizmem kim być dla innych
Dzisiaj dla siebie prawo dżungli byle więcej i więcej

Wybierać znaczy Jasiu co najmniej dwie opcje możesz wymienić swoje
Jeśli już to widzę się stróżem w składnicy dekoracji na Reja
Budynek ten zółtawe trzy cztery piętra nie ma okien
Mało kto wie czemu słóży jakie się w nim kryją tajemnice

Co ty pleciesz Jasiu jakie dekoracje widzi pani mam rację nie wie pani
Dekoracje sceniczne do Fausta nie mogłem się doczekać
Kiedy dramat zejdzie z afisza żeby przejąć laboratrorium alchemika
Na własne widzi mi się może mi też się uda znaleźć pożyteczne zajęcie

Jak jemu na sam koniec w Holandii łatać zapory żeby morze
Wiatraków nie zmyło przez chwilę być szczęśliwym a podobno starczy
Za całą życiową próżną w większości chęć i wysiłek
Chyba że mnie babcia haftować ślubne suknie nauczy

Patrzeć jak się esyfloresy jarzą u stóp panny młodej
Przed krawieckim lustrem kiedy jej się marzy małżonek i łoże
Na przykład pani czy nie żal życia na zgraję opornych bachorów
Odpowiesz sobie na to Jasiu kiedy mnie już nie stanie do piątek i dwój

Na pewno nie jeśli mi sam nie pomożesz wyobraź sobie
Że to anielskie skrzydła przycięte do ludzkich potrzeb twoje dłonie
A starym przegranym dekoracjom zdejmiesz z serca kamień
Niechby i nikt wam nie miał zaklaskać nikt wywoływać na bisy

No i proszę nawet i ta propozycja to rabuś
Da pograć Fausta z małej f
Ale wszystkie inne wybory atrapy do Hamleta
Do Księcia Niezłomnego z Groteski do Oniegina w Operze

Odstawia szczurom na żer
Pani rozumie bez jednej próby bez przymiarki
Jakby w weselny kryształowy kandelabr wkręcić
Tylko jedną oszczędnościową żarówkę

 

8.

A Ojczyzna Jasiu jak widzisz jej jutro wczoraj i dziś
Jutra takiego jak dziś lepiej w ogóle nie zobaczyć
Wczoraj mogło być o wiele lepsze tym żyję
Na przyklad Grumwald owszem zwycięstwo ale wstyd

Pożodze lipca i kuszom której chrześcijanie nie mogli
Pod słowem Zawiszy używać wtedy przeciw chrześcijanom
Mszom polowym sześciu pod rząd to im dzięki
Bo powalily ogiery pod zakutym w żelazo krzyżactwem

Zanim do rzezi Jagiello dosiadł król rumaka
I wtedy bym nim chcial być ani Polak on ani katolikiem
Gdy miecze nad koroną skrzyżował przysięgając najeźdzcy
Bramy przed sąd boski otwarte nim się słońce zlituje i zajdzie

Albo Jan III Sobieski przecież to na oko niemożliwość
Czterdzieści tysięcy przeciw milionowej Hordzie
Żeby zrozumieć ten cud trzeba ucha nadstawić
Jak husarskie skrzydła zagrzmiały

Skrzydło jedno takie w muzem WP zbadałem
Sam szatan kopiował od własnych
Każdemu huzarowi po jednym bo po dwa nie zdążył
Ale wystarczało

Huk że go żaden koń pod nim nie ujeżdżony nie zniesie
Pióra orle kulki ołowiane szarpane wichrem i galopem
Huk mowię pani większy na tamte czasy niż dziś przelot
F-42 trzęsienie nieba nad Balicami

Że won od Wiednia precz araby Allaha ale Polska co
Rozbiory i powstania Kopciuszek sierotką po Kościuszce
Palec ją świętego Stanisława kara zamiast
Wskazać dokąd i z kim tata puka się w czoło

Na zdrowy rozum dać czterech liter gdzie popłaca
Żeby przynajmniej raz szala Historii przeważyła się
Na naszą korzyść wiek od dziś żadna zwłoka
Polak wytrzyma jak musi pan od algebry ma rację

Polska to Ojczyzna negatywami na nie
Jeszcze nie zginęła
Puści się w tan ale jeszcze nie dziś etc itd
Zamiast jak inne ojczyzny wychylić się w jutro

Gruchnąć twórczym hymnem niechże się lud
Na pamięć uczy jaką Ojczyzna chce być być żeby nam rąk
Do niej nie było żal żeby wyrwać dłonie rodaka z modlitwy
Do działania jak pan od zajęć ręcznych radzi pani wie

9.

Przyznasz się Jasiu czy nie
Narządów płciowych czy dotykałeś już innych niż własne
Wszyscy to robią nie zdradzę pani kogo badaniom poddajem
Jej cipka ściska jak rączką niemowlaka

Flet się spręża jak dzięcioł
Do pukania w drzewo genealogiczne w dziuplę w spazmach
Po trzy razy każdy i tak dalej aż się nie powiem pani kto
Znudzi wszystkim jak flaki

Co innego jak mnie matrona w żałobie w kinie
Przyszpilila raz parasolką
Słodko i bezwładnie że bronić się nie chcialo się chcieć
Niech się wdowa pocieszy wie pani

Szminy żałobnej do domu przyniosłem że zabrakło tri
Co się jej jedna z warg starła inną się malowała
W ciemnościach taka wyga zwinna
Nie dziw jeśli skonać mi przyjdzie z tęsknoty

Ale tak naprawdę żeby się w kogo zapuścić na serio
11 listopada z defiladą Huty za otwartym oknem
Na Góźwie córce młynarza z Kielc
Głębina bez dna jakbym się w praprabagnie topił

Zapaść się cały nie zapadłem ale o włos a byłbym
Góźwa wrzask gdym się jej kłaków uchwycił
O więcej lepiej nie pytać chyba że pani proszę mi wyjaśnić
Jak to jest z tą prakałużą ma ona dno czy nie

Rozkosz wszystkie grzechy ma za nic
Straszy katecheta zwodzi w niewybaczalny wybryk cielesny
Z cnót charakteru nie pozostawi jednej nie wywróconej na nice
Ale jak dać w kinola każdy dotyk rajski nie trzeba wdowy ni kin

 

10.

A co Jasiu jak dotąd widzi ci się w życiu najbardziej
Ryby chociaż nie złowiłem żadnej
Wisła rzeką umarłą tłumaczy doświadczony wędkarz
Co nie znaczy że łowić nie warto

I milknie jakby się bał ryb wystraszyć
Samo zarzucanie przynęty w toń zwłaszcza nocą
Kiedy gwiazdy na niebie i gwiazdy na rzece
Wiszą razem nieruchome kiedy pluśnie pławik

Cisza muzyką proszę pani miasto kurwie mać pozostawić
Niech się myśli snują jak chmury i fale
A nie jazgot pralki solony pas ojca i krzyżowa droga
Kląśnie mi czasem fala o brzeg pod stopą bosą

Jakby się jej jezyk nie dorodził nie nie trudno zgadnąć
O co fali chodzi pani wie i wie pani tyle mi do szczęścia
Wystarczy fala co pluśnie nie z wyrzutem nie w gniewie
Ale cicho w ciemności

Jak ktoś kto śpi i śniąc we śnie wzdycha przerywa wpół
Wyznanie prośbę bezrybna rzeka o co może prosić
Więc je po drodze nabywam
Karpia w sklepie dziś wczoraj na targu dwie płotki

Pocieszać nimi Wisłę
Bezrobotni grabarze może sobie pani wyobrazić takie fale
Bo mnie się płakać chce
Płakać jakbym miał nie przyjść na świat

Advertisements