Ginsberg/Gulla Story

by Jacek Gulla

  1. Kiedy po raz pierwszy zetknął się Pan z poezją Allena Ginsberga? Czy było to kiedy znalazł sie Pan w ruchu hippie?
  2. Jak wtedy funkcjonował Ginsberg w świadomosci hippisów?
  3. Jaki wpływ miał Ginsberg na kształtowanie sie ruchu polskich Dzieci Kwiatów?
  4. Czy to prawda, że zloty hippisow zaczynały się od czytania Hymnu do miłosci i Skowytu? Taka informacje dostałem bodajże od Piotra Bratkowskiego.
  5. Czy widzi Pan wpływ Ginsberga na literaturę polską i polską muzykę (jeśli tak to na kogo)? Jaki miał wpływ na Pana?
  6. Czy można powiedzieć, ze hippisi byli pokłosiem beatnikow?
  7. Czy byl on tak ważny dla hippisow w Polsce jak i w Stanach czy innych krajach?
  8. Czy Pana zdaniem wpływ Ginsberga jest widoczny we wspołczesnej polskiej poezji? Jeśli tak, to na kogo (o ile się Pan orientuje?
  9. Czy poezja Ginsberga miała wplyw na Pana poglądy na świat?
  10. Jaki jest Pana ulubiony jego wiersz, czy może najważniejszy, i dlaczego?
  11. Czy poznał Pan osobiście Ginsberga? Jeśli tak, to w jakich okolicznościach, ile razy się spotkaliście i gdzie? Jakie wrażenie wywarł i jakie byly tematy rozmów, itp?
  12. Pisal Pan o mitach i klamstewkach o Ginsbergu i jego pobycie w Polsce w latach 60. Co Pan ma na myśli? Pisal Pan też o odbrązowieniu jego postaci – dlaczego?
  13. Co Pan może powiedzieć o kontaktach Ginsberga z Krzysztofem Niemczykiem? Czytałem o Waszej znajomosci w biografii Niemczyka, wiec mam nadzieję, że uda mi się Pana sklonić do tego, żeby coś o tym napisać.

A.

——Allena poznałem bodajże w ’67 roku
w Krakowie na ulicy Florianskiej
dzięki malarzowi pianiście i torreadorowi z Caracas – Alberto
Brandt Pimentell Casanova – który leczył się wówczas
u doktor Noemi Madeyskiej z alkocholizmu
i powiklań psychicznych na tle raka
nasza przyjażń z Allenem miała trwać aż do śmierci autora
„Skowytu”
ba ona trwa do dziś i trwać będzie jeszcze tak dlugo
jak dlugo serce tłuc się będzie w mojej piersi
wdzięczne za uwagę troskę i uczynność legendarnego brodacza
okazaną młodemu pięknoduchowi po eksmisji z PRL
który za cały swój dom w życiu i świecie odważył się obrać sobie
przybytek słów

——w 50 rocznicę śmierci ojca poety
który też parał się piórem
czytaliśmy wiersze – Allen i grupa zaszczyconych wybrańcow
z nowojorskiego Poetry Project – przed mieszkańcami Patterson
w stanie New Jersey
pod samolotem Spirit of St. Louis
Linbergh przeleciał w nim solo nad Atlantykiem do Paryża
samolot ten zbudowano własnie tam
w centralnej manufakturze miesciny
znanej dotychczas z produkcji sztucznego jedwabiu

——Patterson, NJ, to całe dziecinstwo Ginsberga
tamtego dnia poeta oprowadzał po nim grupę dziennikarzy
paparazzi przyjaciół przygodnych ciekawskich
opowiadał jak go to miasteczko uformowało
między innymi jak wysoki fabryczny komin
dymiący za sto lokomotyw nad „Ziemią Jalowa”
wpłynąć miał na jego późniejszą orientację seksualną

——zaczerpnąłem z tamtej wycieczki sporą dozę pokrzepienia
oto sumienie amerykańskiego eksperymentu z demokracją
legenda beatników i hippiesów
głośna pod wszystkimi gwiazdami niebios
tu odziana w skromny szary garnitur
w butach kto wie czy nie z drugiej ręki
przyznawała się w otwartej spowiedzi
do swych jakże mało obiecujących
jakże skromnych korzeni
kaszel
kaszel pylami jedwabiu
mama poplakiwala pod tym tam zelaznym mostkiem do nikąd
tu na tej ławce tato przegladał gazety
tam gdzie kupa żużlu łopian z dziadami i oset
poznałem co to wytrysk w samotności
wspominał Allen
więc od tego dnia miałem w moją przyszłość
spoglądać z otuchą z ufnością
bo nie ma takiego skrawka ziemi na planecie
takiego zawstydzającego czy ciasnego kata
żeby nie mogł on dać oparcia stopom
stopom co śnią o skrzydełkach Hermesa
o locie mitologicznego Ikara
– niech mnie Słońce spożyje a nie robaczywy grób! –
o bytowaniu wsród aniołów
o mickiewiczowskim wzlatywaniu nad poziomy
o niebiosach wiosną gdy śpiewa się z ptakami

—————————A propos autografu Allena na ścianie w
legendarnej kuchni Niemczyków, o ktorym tyle sie mowi w
„Kurtyzanie i Piskletach” i „Hipisach w PRL.” Alez afera! Przeciez
Krzysio Niemczyk sam sobie ten autograf w tynku wyskrobal, sam,
tuz przy piecu z gazowymi palnikami, kilka lat po wizycie
amerykańskiego poety, kiedy w Polsce pojawili się hippiesi, żeby
magia nazwiska Ginsberg podporządkować sobie ich bajeczne
plemie, żeby ich uwodzić ważnością swej osoby, zeby nas
podsluchiwac, zeby na koniec donosic…
——A to przecież nie kto inny, ale właśnie ja sprawiłem, że Allen
spędził na Siemieńskiego swą, jak się miało okazać,
niezapomnianą noc.
——O hippiesach made in USA nikt jeszcze wtedy w PRLu nie
słyszał. „Polityka” zaczęła się o nich rozpisywać, w
najpozytywniejszych terminach marksowskiej krytyki
kapitalizmu, dopiero przy okazji antywojennej burzy w Chicago w
’68, więc datę, łatwo sprawdzalną w annałach MSW, kiedy bard
beatników i autor wstrząsajacego „Skowytu” odwiedził Kraków,
należy cofnąć do wiosny ’65 albo ’66 roku.
——Zupełnie ślepy traf sprawił, że swego przyszłego przyjaciela nowojorskiego poznałem, dzięki Alberto Brandt Pimentell’owi, na ulicy Floriańskiej, pewnego wiosennego popoludnia, w proletariackim tłoku. W pierwszej chwili pomyślałem że to zły sen, że stanąłem oto przed duchem brodatego Karola Marksa i że lada moment Kraków rzuci się na niego w porywie mściwego szału, wściekły na osiagniecia PRLowskiego socjalizmu realnego z
jego planami piecioletnimi, etykietkami zastepczymi, cenzura i MO.
——Trzeba było faceta ratować. Prowadził Alberto, do złudzenia przypominajacy von Aschenbacha z „Śmierci w Wenecji” Viscontiego i dobrze już obeznany z krakowskim Starym Miastem. Na nic jednak zdał się jakże rzadki w tamtym okresie egzotyczny wygląd cudzoziemców i ich paradny angielski. Oddźwierny przed „Kaprysem,” gdzie chcieliśmy zjeść obiad, obrzucił nas pogardliwym spojrzeniem i zażądał, że jeśli chcemy, żeby nam otworzył szklane wrota, obwieś nie widomo skad musiałby się najpierw wykąpać, ogolić i wdziać krawat. Tłumaczenie tego z polskiego na angielski nie przeszło by mi przez usta, nawet gdybym z tego jezyka w LSP mial „piatke,” a nie „dwoje.” Ruszyliśmy dalej. W Hotelu Polskim jednak, gdzie Allen miał zarezerwowany pokój, spotkało nas równie obraźliwe powitanie..
——Wstrząśnięty, a raczej do szpiku kości zawstydzony reakcjami rodaków, wcisnąłem w dłoń szczerze dobremu i uczynnemu Wenezuelczykowi klucz do mieszkania Niemczyków, gdzie miałem wówczas pracownię malarską, tłumacząc że ja sam tej nocy wrócę spać w domu mego ojca.
——Któż mógłby przewidzieć coś takiego!
——Jak z biegiem lat „ołtarzowa” kostka margaryny z zapałkami płonącymi w niej jak knoty świec, czyli pseudo-tybetańskie dzieło Allena w kuchni Niemczyków, przyćmi blaskiem, w kultowych wymiarach, perłę Renesansu polnocy, ołtarz Vita Stwosza.
——Z chlebaka przewieszonego przez ramię, bard beatnikow wyciagnął ponoc tamtej nocy sznur buddyjskich dzwonków i przy ich rytmicznym wtórze zaintonował gromkim glosem Hare Krishna, Hare Krishna…
——W uszach chorej pani Niemczyk zabrzmiało to jak Harem Krzysia, Harem Krzysia, więc jak mogła najgłośniej, zawołała o cisze ze swego łoża boleści. Zawołała po francusku, raz, drugi, trzeci, a że amerykański poeta nie znał francuskiego, więc ignorował prośby i skargi cierpiacej kobiety z miną świetego, któremu doczesna rzeczywistość jest li tylko przeszkodą w pełnej samorealizacji.
——Allen, owszem, pamietal, ale sie nie ucieszyl, kiedy go zapytalem o tamta noc, wiele lat później, już tu, przy okazji naszego pierwszego spotkania w drukarence poetow z Poetry Project. Znałem tamtą noc w najdrobniejszych szczegółach, z plotek i mitów Krakowa, lecz głównie z narzekań i prosb schorowanej matki Krzysztofa, żeby nigdy więcej podobnych „typów z pod ciemnej gwiazdy” do niej nie przysyłać.
——To przy tejże właśnie okazji, wobec podsluchujacej nas mlodziezy, Allen dotknął mnie jeden jedyny raz w swym życiu, kładąc mi palec na usta, abym się uciszył i nie wspominał tamtej nocy już więcej.

——B.

——z rokiem ’67 to rzeczywiście omyłka
——po prostu w roku ‘65 kiedy Allen zawadził o Kraków
——kto wie czy nie w drodze do albo z Rapallo we Włoszech
miałem 17 lat
już wkrótce miano mnie zawiesić w prawach członka
Koła Młodych przy krakowskim ZLP
a wbrew temu co czytam dziś o sobie w „Kurtyzanie”
malowałem wtedy na tyle dobrze że za wstawiennictwem
Jerzego Beresia i Henryka Stażewskiego
w rok czy dwa później zostałem – bez studiów
bez przysposobienia wojskowego – członkiem ZPAPu

——„Skowyt” Allena uslyszałem w ‘67
kiedy to inny członek Koła Młodych
Krzysztof Krzeszowski bodajże
prosił mnie o pomoc
przy pierwszym tłumaczeniu poematu na polski
jakby prąd pokopał Pana Tadeusza
„Skowyt”
„Zbła Trawy” Whitmana
„Wielki Testament” Villona

znaczy że utwór pisał nie tyle profesjonalny
wirtuoz formy poeta od poezjowania z fontaziem u podbrodka
ile ktoś komu życie zarzuca pętlę na szyję
komu nie pozostawiło ono nic innego
jak tylko rzucać klątwy

oskarżać
modlić się
każdym oddechem
o przysłowiową pomstę do nieba
o Jutro warte miary cierpienia przyrodzonego ludzkiemu istnieniu
przesadzam przecież Allen to w gruncie rzeczy pieśni
piesni zawiedzionego udręczonego szczęścia

brak adekwatnej znajomości amerykańskiej odmiany angielskiego
brak znajomości realiów poematu
spowodował że nasze tłumaczenie nie bylo jasne
np: “I too put my queer shoulder to America’s wheel”
wers z Ameryki a nie ze Skowytu
myśmy to zrozumieli dosłownie za słownikiem
krzywe albo dziwne ramię
a przecież w slangu ówczesnego podziemia gay’ow
znaczy to coś więcej
coś co jest kluczem do zrozumienia o jakim rodzaju miłości
do Carla Salomona mówi ten rozdzierający utwór

jeśli chodzi o mnie
czytałem „Skowyt” jako porywający dowód na wolność slowa
na wolność życia w US
o wolności w tych wymiarach w PRL nie było sensu marzyć
nie mówię tu o wolności mimo wszystko
ktorą realizuje się samemu w codziennych wyborach
miłość której pieśnią jest „Skowyt” była w mym rozumieniu
istotą więzów człowieka z ludzkością
poza racjonalnymi wyborami
ponad seksualnymi motywacjami
tak jak przychodzi  kochac dzieciństwo Boga psa albo geometrię
była miłością do  ludzkości ucieleśnionej tu w osobie faceta którego Panstwo skazało na lobotomie i elektrowstrząsy
jakby człowieczenstwo i.e. przyłość ludzkości
ubogowienie i.e. przyszłość człowieka
musiały byc zabronione
zwalczane przez każdy system rządzenia

vide „Civilisation and Its Discontents” Zygmunta Freuda
vide „Eros and Civilisation” Herberta Marcusego
ma straży status quo z Zyskiem przy sterach rządu

——C.

zloty hippiesów nie zaczynały się od czytania czegokolwiek
nie było niczego w sensie zbiorowego wyznawania wiary
nie było przysiąg wierności
po prostu nie miały one ani początku ani końca
ustaliwszy gdzie się spotykamy 21 dnia nadchodzącego miesiąca
hippiesi zjeżdżali się w Mielnie w Kazimierzu Dolnym w Opolu
w Częstochowie w Chęcinach
w miarę możliwości na czas
za sprawą donosiciela Niemczyka
MO i SB były na miejscu pierwsze
wyłapywać autostopującą młodość i radość życia
po okolicznych szosach
podburzać przeciw nam miejscową chuliganerię
strzyc do gołej pały
zdzierać pacyfki
zamykać na 48
więc
zloty zawiązywały się jak węzły z setek samotnych niteczek
coraz częściej tam
gdzie organa ścigania miałyby utrudniony dostęp
– piaszczystą drożyną przez las mostkiem i w lewo do wioski
opuszczona co do ostatniego chłopa
wioska nazywa się Prawda –
żeby trwać w ścisłym serdecznym związaniu
przez kilka dni i nocy
O ty ufne Razem radosne Mimo Wszystko
po czym rozwiązywały się te nasze zloty jak kto chciał potrzebował tego czy pragnął
rozjezdżaliśmy się po kraju natchnieni duchem
twórczej wspólnoty
a duch ten przyciagał ku ruchowi coraz więcej pączkujących dzieci-kwiatów

——chcąc czy nie świadome tego czy nie
polskie dzieci kwiaty
były konsekwencją zniesienia prywatnej własności w PRL
co robić ze sobą z życiem z czasem uwolnionym
od dzikiej żałosnej pogodni za pieniądzem
zamiast przysłowiowych dóbr doczesnych
byliśmy można rzec skazani przez dzieje cywilizacji
szukać życiowych wartości
w samych sobie ja w tobie ty we mnie
w tych rejonach człowieczeństwa które dotąd pozostawały
rodzajem „białych plam”
na mapie doświadczeń człowieczeństwa gnębionego przez „mieć”
nie
nie czytaliśmy “Mieć czy Być” Ericha Fromma
ale poszukiwania i decyzje naszej młodości dążyły
ku jutru duchowymi torami tego traktatu

BYC
być wbrew
być mimo wszystko
czymkolwiek byt miałby się okazać
jeśli umierać to z ciekawości w ryzyku w duchu joie d’vivre
taniec choćby i nieudolny raczej niż hieratyczny stołek
śmierć ze śmiechu raczej niż dęta powaga plenarnych obrad
i planów
starałem sie wszystko to wyrazić w poematach
„O Instytucji i Radości” Nowy Wyraz lato ‘75
i „Tańczyć Czego Maszyna Nie Potrafi”
NaGłos w psychodelicznym numerze
bodajże w ’94 roku

Ginsberg funkcjonował w naszej świadomości
jako wcielenie przysłowiowego wójka w Ameryce
wójek był prześladowany bohaterski samotny inspirujący
pobudzał do odwagi w przygodzie bycia sobą
stawania się sobą mimo wszystkich nieprawdopodobnych
przeszkód
jakie stawiały szkoła opinia rodziny i ustrój
świat w ktorym żylismy gotowi na najgorsze
pogodzeni ze wszystkim na kredyt
miał postać Molocha
w nadwiślanskim wydaniu Huty im. Lenina
MO
i Wawelskiego Smoka
– wcześniej czy później
pożrą nas tak czy inaczej –
ale fakt ten nie mógł odstraszyć nas od samych siebie
nasz ruch był rodzajem płynnej luźnej mikro społeczności
dzięki niej każdy kto nie potrafił znależć dla siebie miejsca
w ryzach systemu
miał wśród nas duchowy dom rodzinę i wsparcie
w odróżnieniu od ciasnej funkcji jaką system wyznaczał
członkom jego ciężko harującej załogi
ruch
grupowo rzecz biorąc
zapewniał asystę każdemu z nas
w jego czy jej świętej niepowtarzalnej przygodzie z istnieniem

już tu w Nowym Jorku Allen ostrzegał mnie i radził
żebym nie eksperymentował z piórem pod wpływem narkotyków ani alkocholu
jakby żałował własnych poematow tych pisanych na hay’u
jego wpływ na moją poezję manifestował się nie formaliami stylu
a żarliwym zaangażowaniem się chwila po chwili w dzień świata
świata na łasce nuklearnej apokalipsy
grożącego człowieczemu indywiduum
ufunkcjonalnieniem zupełnym w wyniku reklam konsumpcji
i pięcioletnich planów
bogactwo a nie ubogowienie
smierc w starych dekoracjach

w kontekście tzw. amerykanskiego marzenia
————————– czyli żona dom do spłat z ciężką lichwą
dzieci żeby bylo kogo wysylać na wojny
które tu są przede wszystkim świetnym biznesem
dla przemysłowo-militarnych sfer
praca w kompetycji a nie w harmonii z innymi
zarabiaj coraz więcej
diabłem się stań jeśli trzeba żądają żona i boss
płać za skrobanki kupuj lekarstwa oszczędzaj wydając itd itp
kolowrot nerwówy za rodzajem biało malowanych atrap szczęścia i dostatku –
homoseksualim Allena widzę jako rodzaj wezwania
przykładu jak uwolnić się
w duchu konstytucyjnego prawa do szczęścia
z pęt którymi kapitalizm dusi człowieczeństwo w człowieku
i równość w demokracji

Allen umarł we własnym łóżku dość niespodziewanie
z twarzą spiętą w wyrazie skrajnego obrzydzenia
odwróconą od realiów życia do ściany
w kilka tygodni po zgonie w katedrze świętego Jana Chrzciciela
na górnym Manhattanie
odbyła się uroczysta msza pożegnalna
w obecnosci setek jego przyjaciół i wielbicieli
akademicy rewolucjoniści anarchiści artyści poeci malarze
prozaicy
żegnaliśmy ojca ery Wodnika jak żegna się człowiek
z niespełnionymi marzeniami
kilka przecznic poniżej potężnej katedry
w knajpie narożnej
miał tego samego wieczoru miejsce telewizyjny jubel
z udziałem gwiazd przebojowego serialu „Seinfield”

– dwa miliony dolców
za codzienny odcinek dla głównej gwiazdy –
policyjnych radiowozów autobusów anten i psów bez liku otaczało knajpę gęstymi kordonami
broniąc jej przed naporem tysięcznych
histeryzujących tlumow
– tak to przynajmniej tłumaczono pozniej w  TV –
ale my uczestnicy mszy żałobnej byliśmy pewni ze paramilitaria zgromadziły się nieopodal naszego smutnego swięta
na wypadek gdyby symboliczny pogrzeb miał się przeistoczyć
w antykapitalistyczną demonstrację

—–D.

a teraz kwaidan
po japonsku historia niesamowita
coś w rodzaju przepowiedni albo raczej ostrzeżenia
którego nie wziąłem sobie na czas do serca

był bodajże 3 stycznia 1973 roku
pierwszy dzień pierwsza niedziela
po moim przyjeżdzie do Nowego Jorku
jeszcze drżałem po 9 dniowym rejsie w sztormie śnieżnym
„Batorym” przez szalejący Atlantyk
takiego sztormu żaden film czy powieści Conrada nie przekazały
i nie mogły przekazać mej młodej wiedzy
po prostu dlatego że zimą statki przez Atlantyk nie kursują

w nocy poprosiłem żonę
o wskazówki
jak dotrzeć do słynnego East Village miałem pewność
że odnowię tam hippiesowskie układy na nowym gruncie
podróż subwayem – pierwszy raz pod ziemią
jeśli nie liczyć bali „Baranów” w kopalni soli w Wieliczce
albo naszej zaczarowanej piwnicy na Kołłątaja w Krakowie –
a więc jazda subwayem przyprawiła mnie o zawroty głowy
hałas brud nędza ludzka jakiej w PRLu nie widziałem
nie mówiąc o dzikich graffitti
co zmieniły wagony w podzwrotnikową dżunglę
toteż na Astor Place wylądowałem jak rozbitek
odratowany ze sztormu elementów
tu miała mnie spotkać kolejna niespodzianka
zamiast oczekiwanej braci ukwieconej młodej i otwartej na życie
ujrzałem rzędy ruder
ruder tańszych niz atrapa ruin Berlina pod Lodzią na filmowe
potrzeby
a rudery te odrapane niemiłosiernie
cuchnące potem łzami spermą
przyozdobione psychodelicznymi reklamami fryzjerni
zdawały się chcieć mi coś wyznać ostrzec przed czymś
zawrocić brzydotą z drogi
ja jednak przymknąłem oczy
i sunałem w strone odległego Parku Tompkinsa
spodziewając się tam co najmniej wigwamowego obozowiska
jasnej nagości w sadzawkach
przyzwyczajony do podobnych scen nad Wisłą
zanim jednak udało mi sie dotrzeć pod drzewa
trafiłem na pożar ogień zaczynał właśnie szaleć
w starym domu nieopodal 1 Avenue
dom płonął jak stos zapałek
odslaniajac paskudne tandetne wnętrzności
strażacy NYFD w imponujących
bialo-czerwonych samochodach
zajechali przy radosnym wtórze syren i ostrzegaczy
i chwilę potem zaczał się spektakl
spektakl z płomieniami
dymem i wodą w rolach głównych

prężna rosłość w rycerskich hełmach
z siekierami z wężami gaśnic
wdarła się do płonącego wnętrza i po kilku sekundach

pod ciśnieniem strumieni wody
szyby posypały się z okien na bruk
a wraz z nimi pod moje stopy wyfrunęły z wnętrza setki
gęste setki luźnych stronic papieru

biczowane wodą kartki rozfruwały się
czepiając się nagich gałęzi drutów krat lepiąc się do murów
w błoto wgniatały je opony aut buty i grzmiące nabrzmiałe szlaufy
za kartkami wyfrunęły na ulicę przescieradła
szmaty firanki abażury
duchy lat spędzonych z piórem w dłoni nad papierem

papier zapisany był atramentem
kształtne równe pismo
zwrotkami i prozą
które to pismo zaczęło się szybko rozmywać w wodzie
barwiąc ja na bladoniebiesko
i rwącymi strumieniami rozpływało się po kanałach

lokator kiedy wroci do domu zapewne zwariuje
pomyślałem z przerażeniem
widząc pracę swego życia zmytą w niebyt
jednego glupiego przedpołudnia
niczego gorszego nie potrafiłbym sobie wyobrazić
wyobrażając sobie własną przyszłość
———————————————–niczego

E—–E.
———————–minęło kilka lat
ex-sekretarzyna Henrego Millera w Paryżu
i samozwanczy szeryf East Village
pocieszny Irving Stettner
pomógł mi przeprowadzic się od zony i jej luksusow
do potężnej rudery
do „Gem Spa” na rogu St. Mark’s Place i 2 Avenue
trzeba ja bylo remontowac
połatać dziurawy dach
podciągnąć elektryczność z ulicznych latarni
rozruszać kocioł ogrzewania w piwnicy
– no ale cóż ruina była za darmo –
nim się człowiek mógł zająć sobą

w owym okresie w okolicy były tylko dwa bary
istniejący po dziś dzień „Grassroots”
grób-łaskawca
i „Holiday Bar” tuż obok wypalonej ruiny
tej samej
skąd lata wczesniej wyfrunęły mi pod stopy z pożaru
tamte piękne niezapomniane stronice
bar prowadził Stefan Ukrainiec z faszystowską przeszłością
mowił po polsku więc nasze rozmowy
zeszły wkrótce na temat pamiętnej pożogi
założywszy u mnie na pewniaka wrogosc do czerwonych
między jednym sznapsem a drugim
pan Stefan zdobył się na pijacką szczerość

otóż w mieszkaniu skąd wyfrunął zapisany papier
żeby rozmyć się w strumieniach strażackiego potopu
mieszkał do niedawna niejaki Wystan
zbieg z Anglii poeta z lewicą w kościach
z pociągiem do scotcha
a poza tym pedal co wysiadywal tu w barze godzinami
w rozdeptanych cuchnacych papuciach
nie placil ani za drinki ani za czynsz
zyl na kredyt

raz na rok czek przychodził z Oxfordu na adres pana Stefana
lokator mial w Anglii płatną fuchę
w barze odwiedzali go różni tacy sami jak on
młody Ginsberg Frank O’Hara moze Corso
na pewno sir Stephen Spender
czyli jak się to dzis mowi
historia
no i oczywiście rozwydrzone znarkotyzowane
młode piękne mięso z okolic
i tak się ta zasrana karuzela kręciła i kręciła
aż pan Wystan mocno już posunięty w wieku i nałogu
raczył się rozchorować nie na żarty
i musiał być przewieziony na leczenie do szpitala
w Szwajcarii może w Austrii

mieszkanie zostawił jak w nim wegetował
pół-ruina zapchana rupieciami lepka od brudu
z niespuszczonym gównem w muszli
przy tych słowach pan Stefan znacząco zawiesił głos
jakby nie trzeba było niczego więcej tłumaczyć
zwłaszcza że od wyjazdu poety który zmarł wkrótce potem
nie było już komu placić za czynsz gaz elektryczność
i za telefon który umilkł na dobre dopiero kiedy pożar
zlikwidował bez śladu całe to zasrane gospodarstwo

patrzałem na pana Stefana z przerażeniem
o ty durniu diable piromanie
z polisą ubezpieczeniową w szufladzie
zaszokowany tym jak ludzka głupota przyczynić się potrafi
do nieobliczalnych strat dla światła
tego światła co w kataklizm jutra wnosi zbawczą miarę piękna
ale zachodzilem do niego mimo wszystko
z duszą na ramieniu z sercem w krtani
jakbym tym sposobem wciąż jeszcze mógł z pożaru odzyskać
choćby kilka bezcennych karteluszków

F

—–F.

minęło znowu kilka widmowych lat
nastała zima święta Bożego Narodzenia się zbliżały
więc wielką było dla mnie niespodzianką zaproszenie od Allena
żebym mu towarzyszył w wyprawie na party choinkowe
w słynnej księgarni
„Gotham Book Store” przy Zachodniej 43 Ulicy
pośród hurtowni i sklepów z bizuteria

“wise men fish here” bylo tej księgarni mottem

spotkaliśmy się wtedy właśnie u pana Stefana
Allen wskazał na wypaloną ruinę
spytał czy wiem kto w niej mieszkał
opowiedziałem mu o pożarze i o tym jak żałuję że ja
młody poeta wygnaniec z PRL nie schylilem się wtedy
i nie uratowałem kilku stron choćby tylko z szacunku
dla ludzkiego trudu
który w imponującej całości szedł na moich oczach na marne

wokół choinki przy stole z winami zebrała się tego wieczora
nowojorska elita intelektualna
Allen byl gospodarzem
sam nie pił ale dbał by nikomu w kielichu nie zabrakło
zaś gościem honorowym imprezy byl Wozniesieński
do NYC przyjechał ledwie kilka tygodni wcześniej
i zaraz skumał się z ziomkiem z milczkiem i namiętnym palaczem
z Brodskim więc czuliśmy się w księgarni wszyscy razem
jak śpiew swiata zamilkły
przytruty rozpaczą i lękiem o przyszłosc poezji
znaczy się o przyszłość świata
– co mowiąc obdzielam uczestników imprezy
własnymi uczuciami –
więc cóż mimo ryzyka strachu poczucia znikomości
z którymi próżno walczyć trzeba bylo się zmierzyć
ze światowym pożarem
niewolnicy nienapisanego wiersza
do walki ktora się nigdy nie kończy – ratować
karmić poezję
winem i krwią
a życie karmić poezją

G

—–G.

—–w drodze powrotnej niesiony przez Manhattan
na chwiejnych nogach jasnym czołem w jutro
wysłuchiwałem opowieści barda beatów
których dziś nie dogrzebię się już chyba w pamięci
jego rady jednak – żebym nie pił żebym sie wystrzegał narkotyków
żebym trzymał się pióra – brzmią mi w uszach po dziś dzień
zwłaszcza po kielichu
głosem nie pozostawiającym wątpliwości
co do powagi problemu

ależ byłem dumny
dumny dumą ciemną ciężką jak żałobny wieniec
pewnego dnia wszyscy ci rycerze stalówki
których dopiero co poznałem mieli odejść w zaświaty
pozostawiając mnie samego z naszą szlachetną misją
jak don Kichota wśród balwierzy kurew
śmieci zysku i pośpiechu

na pewno was nie zawiodę O wy duchy moje ukochane
jeśli nawet patetyczne poświęcenie talent wiedza
nie mogą być rękojmą powodzenia w jakimkolwiek przedsięwzięciu

minęło znowu kilka latek w East Village ruszył mały renesans
galerie kawiarnie dyskoteki
czynsz  rósł szybciej niż włosy i paznokcie paniki
grożąc mi poeciurze z dwoma lewymi rękami
eksmisją z ponurej dziury w Gem Spa
eksmisja w niewiadome w przygodę w siną dal
nie mogłem jednak uwierzyć że będzie to eksmisja bez kresu
w miasto bez litości bez ciekawości
bez cienia duszy dla zastraszonego bezradnego wierszoklety
z Krakowa
z żarliwą miłością do języka angielskiego

błądząc niemal co noc jak ślepiec po nowojorskim labiryncie
sypiając po parkach
w śniegu jak żołnierz Napoleona
wśród ptactwa jak święty Franciszek
w przygodnych bramach nad brzegiem Hudson River
jak pierwszy lepszy nowojorski pomieszaniec bezdomniacha
stanąłem kiedyś znowu przed dawnym domem W.H. Audena
na jego wyremontowanej ścianie frontowej
ujrzałem mosiężną tablicę pamiatkową
zafundowaną przez P.E.N.

Tu mieszkał i tworzył w latach …. – …. Wystan Hughes Auden
a pod tą informacją cytat
“If Equal Affection Cannot Be
Let The More Loving One Be Me”

Nie wiedziałem jeszcze wtedy że poeta zwraca się
do gwiazd
do gwiazd ślepych na los czlowieka
więc powlokłem się dalej z tym dwurymem na ustach
w miasto nie mniej na mnie obojętne niż niebiosa
zastanawiając się jak go wprząc w moje jutro

pan Stefan prowadzi swój podły wyszynk pewnie do dziś
jesli żyje
był ten bar przez długi czas w latach ‘80 gniazdem
poczynającego się ruchu punk
z ich narkotykami brudem kolcami i wstrętem do bycia używanym w trybach kapitalizmu
woleli sami się zużyć zanim zostaliby użyci
ale z frontu dawnego domu Audena
tablica pamiatkowa zniknęła kiedy wprowadziła się tam meksykańska restauracja

i jak upiera się w którejś ze swych amerykańskich książeczek Janusz Głowacki
to nie żaden Auden tam mieszkał skądże znowu nigdy
tam mieszkal Allen Allen Ginsberg i kropka

H—–H.

pierwsze moje próby poezji w nowym języku
zaowocowały krytyką życia małżeńskiego
po prostu wyśmiałem się z mej snobizującej brytyjskiej żony
z kobiety bądź co bądź odważnej inteligęntnej i pięknej
z naszych sex-lodów przed kolorowym TV
z jej alabastrowej stopy kołyszącej się poza brzegiem
queen matress
pod dzwiękoszczelnym korkowym sufitem

po heroicznych doświadczeniach z PRLowskim socjalizmem
realnym
czy tak się miała realizować teraz moja upragniona wolność

zdecydowałem się przeczytać publicznie ów zbiorek okrucieństw
w Kościuszko Foundation

na okazję machnąłem mały xeroxowany plakacik
oboje en nude on gra na wiolonczeli ona słucha zamyślona
i obchodzę z nim jak z nielegalną bibułą
znajomków ich znajomków i znajomków znajomków

kiedy Allen spojrzał na plakacik przyklasnął
Ale Cudny Rysuneczek Biegnij Z Nim Do Schnabla On Ma Gest
i Srodki
z kolei Schnabel odczytawszy zawiadomienie radzi
Spiesz Ty Z Tym do Ginsberga On Ci Pomoże
Masz Swietne Pióro

ani jeden ani drugi w Fundacji się w końcu nie pojawił
a nawet gdyby się pojawili jak zwykle wielcy spoznieni
kto wie czy ktokolwiek ustąpił by im siedzenia

Polonia jak zwykle zlekceważyła trudne próby ziomka
na szekspirowskiej niwie
wystrojona w najlepszym przypadku w szaty i pozy z Matejki
ale pusta jak z norwidowskiego powiedzenia
Na Próżno w Polaku Szukać Człowieka
jakby nasz naród nie rozumiał że tylko cnota krytyki się nie boi
że krytyka to szczeble w drabinie do nieba
z których się spada na skręcenie karku
które się łamią
lecz którymi wspinać się mimo wszystko trzeba
lecz którymi wspinać się mimo wszystko warto

I—–I.

—–Z grona ówczesnych dyskutantów, do dziś żyje tylko Julia Hartwig. Posiedzenie odbyło się w nowojorskiej siedzibie PEN American Center, jego tematem było pytanie „Czy można pisać poezję w przybranym jezyku?,” a wypowiadali się Artur Miedzyrzecki, Susan Sontag, Jerzy Kosiński, Josif Brodsky i Allen Ginsberg, w większości byli albo obecni prezydenci PENu w ich krajach.
—–Na spotkaniu pojawiłem się spóźniony, z przyczyny mej ówczesnej narzeczonej z Buenos Aires, mej cudnej Gizelli de Letraz. Dziewczyna do złudzenia przypominała dwudziestoletnią Sophię Loren, ubrana w obcisły trykot z centkami pantery od stóp do głów, więc kiedy weszliśmy na salę, dyskutanci zamilkli z wrażenia, odczekując aż zajmiemy miejsca tuż obok ich długiego stołu z mikrofonem, na ostatnich dwóch wolnych, jakby tylko na nas czekających krzesłach.
Piękna Gizelle nie oszczedziła zebranym groźnego, ostrzegawczego spojrzenia, jak dzikie zwierzę, które tylko czeka, żeby je spuścić z łańcucha, zanim złożyła swą czarnowłosą główkę na mym ramieniu, czym dała do zrozumienia, że można wracać do tematu.
—–Artur, siwy, wyniosły, rozważał wszystkie pro i contra z rozwagą aptekarza. Powodował nim dobrze pojęty patriotyzm. Z jednej strony bał się ryzykować pochopnej decyzji, gdyby eksperyment z przejściem na angielski miał się odważniakowi z nad Wisły nie powieźć, a z drugiej strony czułby się dumny, gdyby młody Polak mial się kiedyś okazać drugim Conradem w poezji na amerykańskim gruncie. Z tonu jego głosu wnioskowałem, że radził mi, żebym, po kilku próbach, dając za wygraną jeśli by się one nie powiodły, wrócił, póki młodość dawała mi dość skrzydeł, do Kraju, do rodzimego języka, gdzie Skałki Panieńskie, gdzie Wawel.
—–Susan Sontag, z którą miałem na pieńku – szło o wspólną kochankę – dziwiła się wyniośle, jak tak efemeryczne zagadnienie mogło wypełnić główną salę PENu aż po ostatnie siedzenie. Ignorując meritum dyskusji, dama popłynęła w rejs po innych językach, pytając ile wartościowej literatury stworzyli w nich przybysze obcy danej kulturze, ale sama nie dała na to odpowiedzi, jakby nigdy nie slyszała o Apolinarym Kostrowickim, Wilhelmie Reiku, o Jozefie Korzeniowskim i Samuelu Beckettcie, to start with…
—–Czytając jej body-language, i ton jej głosu, wiedziałem że była wściekła, zazdrosna pewnie o moją panterę, ale jak na damę przystało, wolała przemilczeć swoją opinie – czyli zdecydowane „nie” – żeby nie być posądzoną o chwyty poniżej pasa w zawodach o laury Orfeusza, albo o prywatne rozrachunki z arcy-przystojnym, utalentowanym i młodym Polaku.
—–Jerzy Kosiński, który sprzyjał mi wtedy gorąco, z pozycji prezydenta nowojskiego PENu wspomagając mnie miesięcznymi dotacjami z puli tej organizacji, tamtego wieczoru nie obwijał swej opinii w bawełnę. Nie, Nie i jeszcze raz Nie. Nie można, wołał głosem nerwusa, gestykulując gwałtownie, czym zmroził moj entuzjazm do Ameryki, jakby ostrzegając swego podopiecznego przed nieuchronną katastrofą.
—–Nie czekając aż Jerzy skończy tyradę, do mikrofonu poderwał się Josip Brodsky z żarliwą obroną odwagi, wyobraźni i eksperymentu. Sam już od lat pisał i drukował w przybranym języku. Zaczął się go uczyć jeszcze w obozie na Syberii ZSSR, tlumaczac Dylana Thomasa na rosyjski  Byłem mu wdzięczny. Zwrócił mi nadzieję, ufność we własne możliwości. Znałem go od lat, niezbyt dobrze, bo był raczej mrukiem, albo moze dzielił nas angielski, brak slow, lecz papierosów w Cafe Reggio przy McDougal Street wypaliliśmy we dwóch milczące setki.
—–Kiedy przyszła kolej na Allena, bard beatników, owszem, powstał z krzesła, wziął mikrofon w dłonie, podniósł go do ust, wachał się i wachał przez długi czas, aż w końcu zrezygnował z głosu w dyskusji, nie postawił kropki pod znakiem zapytania, a posławszy w moją stronę długie, wymowne spojrzenie, odstawił mikrofon na miejsce i bez slowa usiadł.
—–Skonfudowani zebrani czym prędzej ruszyli w stronę stołu z winami, dziwiąc się ze zgryzem pewnej gwieździe hollywódzkiej, która – napisawszy książkę o swych podróżach duchowych po Egipcie Faraonów – pojawiła się wśród zebranych jak ich niekoronowana władczyni.
—–Całe to wydarzenie miało mieć final w rok czy dwa później, w tym samym lokalu, zaraz po tym, jak Brodsky otrzymał Nagrodę Nobla. PEN oczywiście musiał uczcić okazję nie lada ucztą, a ja z tej okazji nie czekałem na spoznialską Gizellę, tylko się sam, niemal przed czasem, pojawiłem na miejscu.
—–W  sali obecni byli tylko oni dwaj, Jerzy Kosinski i Czesław Czaplinski, fotograf światowych sław z Warszawy. Przyłączyłem się do rozmowy, nie pamiętam o czym gaworzyliśmy, kiedy jako czwarty pojawił się nowomianowany Noblista. W rozpiętym palcie, z szalem nonszalancko obwiniętym wokół szyji, jak natchniony łobuz, co chwilę wcześniej wyskoczył z pośpiesznego autobusu.
—–Co robić?
—–Kiedy skonfudowany Jerzy zwrócił się do Josipa z gratulacjami, ten odwrocił się plecami, bez slowa, z nieskrywaną, wręcz sceniczną wyższością, kazac go w ten sposób za slepy upor w pamiętnej dyskusji o poezji w wybranym języku.
—–Jurek zamilkł jak scięty.
—–Zamilkł i z desperackim pośpiechem ruszył ku wyjściu. Nikt go nie zatrzymywał, więc uroczystość tego wieczora – kogóż tam nie było i z kim się wtedy nie piło – odbyć się musiała pod jego nieobecność, bez przemowy, bez toastu.

J—–J.

—–Pewnej nocy we wczesnych latach ’80 – być może było to doroczne czytanie wierszy 1 stycznia w zabytkowym kościele St. Mark’s on the Bowery – Allen zaprosił mnie na spacer po East Village, powspominać przede mną świetność dzielnicy z hipiessowskich lat ‘60.

—–Było po północy. Padał śnieg, a miasto stało ciche jak widmo. Przed legendarną ksiegarnią na St. Mark’s Place zatrzymaliśmy się spojrzeć na wystawę. Moja uwagę przykuł zbiór poezji Ezry Pounda, z niesamowitym portretem poety na okładce. Zdjęcie zrobił Avedon pod koniec życia Ezry, w Rapallo w Italii. Twarz starego męczennika, węzeł zmarszczek, zaciśnięta jest w sobie na tym zdjęciu z niesamowitą, ponadludzką wolą.

—–– Wygląda to, jakby w mózgu Ezry eksplodowała bomba atomowa – powiedziałem – a poeta siłą mięśni twarzy starał się, żeby mu się czaszka na strzępy nie rozpękła.

—–– Czytałeś jego „Cantos?” – spytał Allen.

—–– To ruiny po tej właśnie eksplozji, ruiny homeryckiej tradycji –
popisałem się erudycją i zarecytowałem kilka rymów
z innego wiersza nieszczęsnego wieszcza…

—–All things are a flow
—–Sage Heraclitus says
—–But a tawdry cheapness
—–Shall outlast our days.—–

—–Allen sięgnał po wspomnienia.

—–– Po jedednastu latach w więziennym wariatkowie Swiętej Heleny w Washington, DC, Ezra porzucił USA na zawsze. Wrócił do Rapallo, precz od hamburgerów, od elektrycznych pralek i pozyczek na procent, między marmury Rzymian, do popiołów Pompeii. Kiedy błagania nowojorskich poetów pozostały bez odpowiedzi, zostalem oddelegowany osobiście, starać się o jego powrót.. Akurat tego lata wyszła płyta Beatlesów, Seargent Pepper’s Lonely Club, więc zabrałem ją w podróż razem ze swoim „Skowytem.”

—–Ezra nie odzywał się do ludzi od długich lat
jeśli mówił to do siebie
demostenes z ruinami aleksandrymów w ustach
samotny na skale
z Morzem Sródziemnym u stóp
jego żona pokazała mi z okna jak na niego trafić
najpierw odegrałem mu przeboje Beatlesów
potem przeczytałem poemat
ani jednym drgnieniem spiętych bruzd Ezra nie dał poznać
że słyszy
zrozumiałem że błaganie o powrót nie ma szans
wrócilem do jego malzonki do domu gdzie mieszkali
mówię wielki małżonek zignorował mnie zupełnym milczeniem
—–– Milczał? Więc pewnie pana polubił – pocieszyła mnie niewiasta – bo inaczej pluje i wrzeszczy, jakby rzeczywiście był szaleńcem…

—–Ruszylismy dalej, szlakami hippiesowskiej rewolucji, śladami Boba Dylana, Gregorego Corso, Franka O’Hary – Ferlinghetti co prawda w Nowym Jorku bywał rzadko, ale to tu napisał „Coney Island Poems” z elektryzującym, paranoicznym utworem o zakupach w Macy’s – rozpamietując innych, bezimiennych już dziś straceńców poezji, LSD i wolnej miłości, ja opowiadając Allenowi o hippiesach w Polsce, o ich pięknym i tragicznym losie w socjalistycznym PRL, a on o nieludzkim apetycie kapitalizmu, co na śniadanie pożarł demokrację, na deser marzenia Lincolna i Whitmana, i który dziś szykuje się, żeby pod szyldem wolnego rynku połknąć całą naszą planetę, aż gdzieś przed 3 rano wylądowaliśmy w obskurnej mrocznej dziurze ze zdezelowanym pianinem na ciasnej estradzie, z grupą latynowskich dzieciaków po kątach. Było to pierwsze siedlisko Newyorican Poets Cafe, a social club skrajnie lewicujących poetów z krwią tropików w żyłach, w portorykanskim Alphabet Town.
—–Allen, starszy, łysiejący, przygarbiony pan, zasiadł do zdezelowanego instrumentu. Po kilku próbnych akordach, zaintonowal swą pieśń, “Father Death, Mother Death.” Smętnym, łamiącym się barytonem, śpiewał swój hymn pożegnalny z życiem, raz i jeszcze raz i jeszcze raz, zwlekając z końcem…
—–Puertoricanskie dzieci, pomiot biedoty na zapomogach i narkotykach, uciszyły się i sluchały go z szacunkiem,
w zdumieniu, nie zdając sobie sprawy, kto śpiewa.. Po kilku zwrotkach, podniosły się z podlogi i stołkow,
i wziąwszy się za ręce zaczęły tańczyc na modłę powolnego, pogrzebowego tanga,
uśmiechając się do nas szeroko, pełnią białych zębów, soczystością ust,
pewnie nie rozumiejąc słów pieśni.
—–I takiego go lubię dziś wspominać, spiew serca w żałobie,
do którego dzieci uśmiechają się ze szczęściem w buziakach,
ze szczęściem, które przecież nie przetrwa tygodnia…

K—–K.

————————————–płynęły lata ‘80
Manhattan szalał na tle malowideł Neo Expresjonizmu
Schnabel Clemente Haring Basquiet na świeczniku
ja w roli chłopczyka z zapałkami
znaczy się byłem wówczas krytykiem sztuki
na łamach pisemka bankowego Art/World
lata wcześniej zasłużyło się ono światowej sztuce
lansując jako pierwsze Jacksona Pollocka
– niestety moje iluminacje do niedawa do wglądu
na microfilmach w nowojorskiej Bibliotece Publicznej przy 5 Avenue  zniknely bez sladu-
artyleria stołowa w postaci setek butelek szampana grzmiała
w rytm muzyki Philipa Glassa
proszone obiady dla międzynarodowej bohemy NYC
opłacało kto wie czy nie CIA
książęta księżniczki królowie Hiszpanii i Szwecji
w Met Museum diamentowe szaty Augusta II Mocnego
parady zagli ze Swieta Maria Kolumba na czele
moda uroda seksualne śmiałości i eksperymenty
w ONZ kongres niewidomych samobojców
tych ktorym się nie udało
zaproszenia z wykładami od uniwersytetów
„the Club and the Pen” at the Lafayette C in Easton and Lehigh U
in Betlehem, Pa
przed Departamentem Stanu US tamże w Mark Twain Hall
improwizowany wykład pt. “Dwa Zakończenia Starego Testamentu”
przed komisją do spraw godzenia religii
na Cathedral College in Doyleston, LI
czyli „Pieśń nad Pieśniami” Salomona i Nowy Testament
miłość ludzka i miłość boska
chóralne czytanie „Skowytu” we wszystkich językach East Village
konferencje „Intelektualiści Wobec Zagrożonego Swiata”
„Co Robić Z Rozpadającym Się Blokiem Sowieckim”
międzynarodowy think tank literacki na Rutgers U
wraz z majorem Kochem gubernatorem Carey’em
i właścicielem the Empire State Building’u panem Helmsley’em
– na znak solidarności z Solidarnością
w stanie wojennym w PRL – reprezentant narodu
zapalam na szczycie tejże budowli oświetlenie
w barwach polskiej flagi
tej samej nocy Boeing 707 potyka się o most w Washington DC
wali sie pod lodowe okowy w nurt rzeki
śnieżyca uniemożliwia ratunek
a kamery kręcą
raz po raz topielec wychyla sie z odmętu w przerębli
chwyta się liny ratunkowej
ale brak mu sił kiedy helikopter pochyla się do skrętu
wojna policji z puertorykanska armią wyzwolenia w ruinach
i podkopach dzisiajszego Alphabet Town
szaleństwo AIDS na miarę średniowiecznej plagi
uśmierca w jedną noc całe orkiestry trupy teatralne
balety chóry
narkotyki – sens-omija sens-omija and crack-king-crack –
za bezcen na każdym rogu ulicznym down town
prostytucja gdzie sie człowiek nie oglądnie
piszę do kultowej East Village Eye i SoHo News
drukuję wiersze opowiadania i „Pieśni Węża”
w Portable Lower East Side w Bomb magazine w Red Tape
iluminacje w Art/World
– wiele z tego kursuje dziś w Google –
dwumilionowa demonstracja antynuklearna
na czele której ja i  balerina z ABT tańczymy nago Adama i Ewę
pod rozwijającym się i zwijającym
spadochronem wyobrażającym grzyb apokaliptycznej eksplozji
oczy na swiat otwieraja kolejne moje pociechy
Alex G Larsen F z hippisujacej Eskimoski
Francesca i Paolo P bliźnięta w Iova City
Maria i Pablo V z portorykańskiej mamy
Sophia W w trzecim roczku jej życia
WTC zwali się w gruzy tuż za oknem jej sypialni
banktructwo miasta
32 tysiące pacjętów szpitali dla psychicznie chorych
trafia na ulice Manhattanu
ludzkie robactwo w zwałach niewywożonego śmietniska
rozkopana siedem dantejskich pięter w głąb planety
2 Avenue przed Gem Spa zmienia się w grób niebios
grób połamanych tęcz wypalonych gwiazd zeschłych chmur
wsród których – od kiedy major Koch nakazał właścicielom
zbieranie  z ulic ich ekskrementów – grasowały za żarłem
stada dziczejących bezpańskich psów

—–nie wiadomo było żyć czy opisywać życie
jakby opisywanie życia nie było życiem do potęgi
pewnej nocy wracam do siebie
– mieszkałem wciąż w East Village właśnie w kamienicy Gem Spa
czyli w Laźni Klejnotów – mowiło się o niej
że stoi w centrum Wszechświata – a więc wracam
nie pamiętam już skąd
a na drzwiach mieszkania koperta wisi
adresowana do mnie
otwieram
zaproszenie od Allena żebym jeszcze tej samej nocy
wpadł do niego na 11 Ulicę

—–L.

————————————-a więc jest późna noc
żeby się wspiąć na szóste piętro w Laźni Klejnotów
muszę się przeciskać pomiędzy rozbitkami “amerykańskiego marzenia”
zalegają oni gęstą cizbą klatkę schodową i boczne nisze
– nie brakło między nimi kobiety
po odczłowieczających operacjach na mózgu
tej samej ponoć która strzelała do Andy’ego Warhola
za dnia wystawała ona na narożniku
wsparta rękami o wyziewnik przemysłowego air conditionera
twarzą w ciągu dymiących smrodem wyziewów
z siwymi włosami frowającymi w powietrzu
ociekajaca ropieniem
albo padała bezwolnie na plecy i leżala tak wskroś trotuaru
straszniejsza niż cały teatr Kantora
w pośpiechu ku swym nadziejom
w ucieczce przed trwogą
przechodnie przeskakiwali nad nią jak ślepi
było to jeszcze straszniejsze niż ona
ta ich wymuszona obojętność
to przyzwyczajanie się do bezsilności
w której kapitalizm trenuje swych wychowanków
żeby kiedyś wyznać ze łzami w oczach
“mnie nie stać po prostu nie stać na dobroć”
—————– a więc manewruję
między śpiącą rzężącą roztrzęsioną załogą kamienicy
żeby na koniec na drzwiach do mego mieszkania
znaleźć zaproszenie od Allena

pójść nie pójść oto kwestia
pójść trudno nie pójść jeszcze trudniej
zważywszy legendarny apetyt poety na tematy do erotyków
no ale cóż niech się dzieje wola nieba
————————————–dzwonię
o dziwo w otwartych drzwiach staje dziewoja boskiej urody
czyżby się dla mnie Allen przemienił w to roznegliżowane cudo
cudo zaprasza do środka
pytam gdzie poeta a ona
U mnie
U mnie w Amsterdamie
okazuje się że Allen i dziewoja zamienili się na lato mieszkaniami
ona przyjechała tu pomieszkać u niego
a on pojechal tam pomieszkać u niej

o dziwo cud-dziewoja mowiła po polsku
była malarką po warszawskiej ASP
mimo że miała Kazimierza Malewicza za pradziadka
z kwadratami jako artystka nie czuła żadnego związku
raczej dziki realizm erotyczny
psychotyczny paranoiczny hipnotyczny
więc noc spędziliśmy jak para dzikich drapieżników
krążyliśmy po jaskini skowytnika
od stołu do łóżka od lampy do wanny od maszynopisów
do lodówki
w listach do siebie Ginsberg i Pasolini
adresowali się nawzajem Aniele Drogi Mój
jakże mi było miło ujrzeć na półce z książkami
egzemplarz Nowego Wyrazu z ‘75 roku
z moim suplementem „O Zbawieniu Swiata i Inne Poematy”
na ścianie wspólne zdjęcie z Allenem pod Spirit of St. Louis
podobnie jak ja tamtej nocy czuć się pewnie mogl mr. Carter
– o ile mnie pamięć nie myli –
kiedy jako pierwszy człowiek od pogrzebu Ramzesa
znalazł się w jego piramidalnych kryptach
noc uplywała jak proroczy sen
teraz to nic wobec tego co się dopiero szykuje
teraz to nic wobec tego co dopiero będzie

następnego wieczora cud-dziewoja nakloniła mnie
żeby pojechać na plażę nad Atlantyk
po drodze nabyliśmy galon białego wina ser bajgle i figi
wstyd przed własną nagością
byłby w przypadku cud-dziewoji znieważeniem boskich darów
kąpaliśmy się pół-pijani krzycząc śmiejąc się śpiewając
pod pełnią nowojorskiego księżyca

wśród słonych pienistych piętrowych fal
na tyłach luna parku

co mnie niepokoiło to fakt ze byliśmy jak okiem sięgnąć
jedynymi białymi w widnokręgu
a kolorowych hej nieprzeliczone nagrzane
podnarkotyzowane groźne rozwydrzone tłumy
na moje wewnętrzne pytania
– nie chciałem niepokoić cud-dziewoi –
jak my się teraz przedrzemy spowrotem do subway’a
odpowiedział niesamowity przypadek

otóż luna park
cały w cytatach i maskach z dantejskiego Piekła
stanął nagle w płomieniach
koła diabelskie karuzele skocznie strzelnice pętle śmierci
baths mirror-halls freak-shows hektary tego hektary
autentyczny pozar
ogień lizał rozzgwieżdżone niebiosa tysiącem straszliwych jęzorów
miotając po piaskach po deptakach po falach długimi
szamotającymi się cieniami pandemonium

pożar okazał się dla pary białych nagusów wybawieniem zaiste niebiańskim
straż pożarna zjawiła się w sile kilkuset uzbrojonych aniołów
w hełmach przy toporach i haczykowatych bosakach
tak że pod ich pieczą – wobec tłumnej bełkotliwej czerni –
powrót do subway’a był już li tylko malowniczą formalnością

cud-dziewoja żyje na pewno do dziś
pewnie jest w miarę znaną artystką i jeśli zajdzie potrzeba
należy mieć nadzieję że nie braknie jej odwagi
żeby te moje tutaj wynurzenia poświadczyć – że to nie poezja

M—–M.

wpływ Allena albo raczej wpływ jego „Skowytu”
na czytelników miał w podłożu obudzone pragnienie
żeby być kochanym żeby kochać jak on kochał
– “Jestem Tam Z Tobą!” –
jak kochał nieszczęsnego pacjenta amerykańskiego wariatkowa
wynalazca lobotomii doctor Freeman dokonywał zabiegu
setkami dziennie
hak zwykłego drucianego wieszaka z pralni
wprowadzić ponad gałką oczną do mózgu tuż za czołem pacjęta
a resztą drutu pokręcić jak korbką

na mnie jednak co innego zrobiło wrażenie
– wizja miasta z Molocha – byłem pewny
zanim sam się tu znalazłem że to licentia poetica
możę coś w rodzaju wady ducha czy percepcji
coś w rodzaju świata w którym żył i pisał Dostojewski i Kafka
„widzieć więcej i słyszeć głębiej” z „Outsidera” C. Wilsona
świat z którego wyrwać się żadną miarą nie sposób
z którym współżyć żadną miarą nie sposób bez poezji
więc współczułem poecie jak do dziś współczuć można Orfeuszowi
błądzącemu po bezcielesnym Hadesie
w poszukiwaniu miłości

a hades nigdzie nie jest bardziej prawdziwy okrótniejszy
niż w „White Shroud” z ’80 roku
duch matki Allena spogląda tam na niego z każdej twarzy
zaułka śmietniska i trotuaru
a serce serce syna płacze ze szczęścia

N—–N.

przypomina mi się śmieszny incydent z przed wielu lat
ilustruje on świetnie ducha kapitalistycznej kompetycji

wegetowałem wtedy w ruderze tak ponurej że z dnia na dzień
bałem się że zwariuję że ze sobą skończę

bez forsy bez jedzenia bez wartościowej przyjaźni
żywiąc się nadzieją że moja praca nauka angielskiego

kilka obrazów przytachanych jeszcze z Polski
wiersze powieści artykuły drukowane w kultowej prasie

pozwolą mi wydostać się w końcu na słonce
jedną z pierwszych prób w tym kierunku był wieczorek poezji

zorganizowałem go sobie sam wśród hoteli na Bowery
w Klubie Anarchistów przy Prince Street
żeby nie zabrakło publiczności narysowałem i odbiłem na xerox

plakacik wielkości A8 jeśli mnie pamięć nie myli
obok zawiadomienia o poezji i adresu był tam rysunek

sielankowy w naturze ale godny Picassa czy Matissa
ich lekkiej jasnej kreski
przedstawiał parę nagusów z mitologii na trawie

on grał na flecie a ona na skrzypcach pochyleni ku sobie
byli o oddech od namiętnego pocałunku

Allen przyglądał się plakacikowi przez długą chwilę
ze mną wpatrzonym w jego twarz z nadzieją na przyzwalające  pokiwanie głową

jednak nie doczekałem się tego zamiast aprobaty poeta
poradził mi zgłosić się do Juliana Schnabla którego – nota bene – świetnie znałem

ponieważ “the drawing held a great deal of promise”
zrobiłem jak radzil ale Julian po analizie plakaciku

skierował mnie do Allena nie wiedząc że właśnie od niego przyszedłem

Julian czytał w prasie moje eseiki o sobie zwłaszcza
są świetne itd itp że wróży sie niezły poeta

i tak – jak mi się wtedy wydało – pogrzebano moje nadzieje
na jaką-taką przyszłość

potrzebowałem rady autorytetów czy warto kontynuować pisanie
czy też raczej odkurzać pędzle jeszcze z krakowskiego ZPAPu

ale ani jeden ani drugi nie pojawił się na wieczorku
wywnioskowałem że po prostu brak im bylo odwagi

żeby mi powiedzieć że szanse moje w obu dziedzinach twórczosci
marne są i kropka i że lepiej by było żebym się zaczął szkolić

w sztuce komputeryzacji włśnie udostepnionej na rynkach
lecz poezja muzyka klasyczna malarstwo wyczarowywały wokół mnie

w mej mrocznej dziurze blaski utraconej Europy
i żyć bez nich nie byłbym i do dziś nie jestem w stanie

komputer jawił mi się jako wehikół futurystyczny
z tysiącem ślepych oczu na masce

wyruszylbym nim w podróż w bezludną Amerykę
ba daleko w Chaosmos skąd pewnie nikomu by się nie śpieszyło

pomóc mi z powrotem

O—–O.

dziś nad Nowym Jorkiem niebiosa przeczystych błękitów
wczoraj wypożyczyłem z biblioteki gdzie właśnie siedzę i piszę
tom poezji – między innymi – Allena
i noc upłynęła mi na lekturze
oto ktoś kto poezję uwolnił od poezjowania
jakby obok Whitmana
natchnął go Chaplin z „Gorączki Złota”
pocieszny niewinny w trybach maszynerii Molocha
nie Allen nie jest w zaświatach sam
z wyjątkiem Orlovskiego
bodajże wszyscy jego ukochani byli już tam długo przed nim
na pewno nie jest tam tak sam
jak ja wciąż po tej stronie bytów
okradany przez Smierć ze wszystkich tych dusz
bez ktorych robi mi się w życiu coraz duszniej
jakby bez Allena bez Corso bez Lowella który zmarł na serce
w taksówce po wylądowaniu na JFK z Londynu
tego samego dnia kiedy ja też taksówką
wracałem na Manhattan z pustelni w Bearsville NY
bez Teda Hughesa bez Barbary Holland
bez Dame Edith Sitwell bez Warhola bez Haringa
bez sobowtóra Marlona Brando
bez którego nie bywałbym w stolicy świata tyle
ilem zwykł był bywać
bez setek zapomnianych przyjaciół
bez drobnych duszków którym to duszkom
nie raczyłem poświęcić nawet tyle uwagi
żeby zdążyli wymówić swe imiona
pustka robi niesamowite postępy
a to co jest się cofa zapada się w siebie jak w grób
jutro Hospital to Home wręczy mi klucze do mego subsydiowanego
pewnie dozgonnego już mieszkania

moja milosc mowi
czego trzeba
zeby poczula sie w nim
u siebie

a propos slowa “mówi”
dzwoni telefon podnoszę sluchawkę
i odpowiadam “Jacek mówi”
a Amerykanie wokół pytają “What movie Jacek what movie?”

Allen żyje żyje tyle że go nigdzie nie widać
tłok wokół jakby nieśmiertelnych więcej było niż żywych

P—–P.

nad wielką czarną rzeką mego serca
przysiadło pytanie
ktoś kogo nigdy nie poznam do końca
mój ty poniewierco co się jeszcze stanie

tysiąc delt w mórz otchłanie
wydala białe statki
będę jeszcze słynny kochany bogaty
czy czekają mnie kratki

albo mnie miłej mej młodej kochanicy
stopy cudne sprowadzą do zaświatowej piwnicy
albo jej usta w moim uchu
skuszą me senne plemniki do życiodajnego ruchu

Q—–Q.

w tym roku umarł Peter Orlovsky
towarzysz życia Allena
z ostrymi problemami z piciem

na coś w rodzaju pożegnalnej stypy literackiej
w gościnnym St. Mark’s Church
trafiłem przypadkiem

ogromna sala zapełniona do ostatniego krzesła i półki
a ja o dziwo nie ujrzałem ani jednej znajomej twarzy
ja ktory do niedawna znałem jak to się mówi wszystkich

R—–R.

pożyczyłem z biblioteki całość twórczości Ginsberga
Allen żyje jakby nie było śmierci aktywny socjalnie ekstatyk

w rodzaju biblijnych  proroków i mistyków
trudno go jednak spożytkować na użytek własnej poezji

bo po pierwsze on sam pożyczył głos od Withmana
a po drugie byłby to wpływ przygniatający

pozbawiający swe ofiary ich własnej osobowości
Allen nie był poetą poezji w rodzaju Milosza czy Herberta

których influencje mogą być zachętą i inspiracją
dla młodszych wielbicieli pióra i Muz

Allen tworzył z etycznego obowiązku
głos szarego obywatela angażujacego się w sprawy wielkiego świata

będzie wysłuchany uczyni Amerykę i świat miejscem obszerniejszym
niż był on w latach zimnej wojny McCarthy’ego i kiczu

kiczu proponowanego tutejszemu społeczeństwu jako życiowy sukces
a jeśli chodzi o seksualną orientację rozerotyzowanego Allena

należy pamiętać że gdzieś w latach ‘50 samobójstwo popełnił
nasz Jan Lechoń zaszczuty przez polonusów donosami do IRS
za podobne “przestępstwa”

w tym kontekście odwaga Allena piszącego “Skowyt”
który ponoć nie był przeznaczony do druku

pachnie wręcz samobójczym heroizmem
pewnie jego biblią był “Eros and Civilisation” Marcusego

lubiałem wpadać na niego przypadkiem
w metrze w autobusie na prywatkach dzielnicowej bohemy

w sklepiku Gem Spa w ponurej kamienicy
gdzie przez długie lata mieszkałem w East Village

kupował gazety lody najchętniej truskawkowe
i pochłaniał je w drodze powrotnej do domu na Wschodniej11 Ulicy

chętnie mu towarzyszyłem
nie musieliśmy nic mówić żeby czuć to samo

albo trafiałem na poetę na ławce w Washington Park przy NYU
wygrzewał starzejące się kości jesienią

uśmiechał się z ulgą na widok hiacyntów wiosny
dumał wpatrzony w cyrk lata przy fontannie

jego obecność nobilitowala każde miejsce
dziury zapomniane przez Boga jak i sale gdzie niegdyś przemawiał Abe Lincoln

z Allenem gdzieś w pobliżu szary człowieczyna czuł że jego znikomość
cierpienia i troski codzienne nie są bez znaczenia

stąd też otaczało go zawsze grono of awed followers
osobnicy często bez talentu ale z sercem uwrażliwionym
na jego krzyki śpiew i śmiech

wobec apokalipsy na horyzoncie
Allen nie pozwalał sobie na śmiech zbyt często

na jego skinienie gotowiśmy byli rzucać się z gołymi rękami
na pociągi przewożące nuklearne materialy na szeregi policji
w demonstracjach

na rzecz wolnej Palestyny rownouprawnienia seksualnego
prawa do głosu dla wszystkich
poturbowanych przez zycie albo proponujących życiu
ryzykowne a nieodzowne przemiany

na uroczystości pogrzebowej dla Petera Orlovskiego kilka miesięcy temu
w powietrzu nad głowami słuchaczy unosił się duch

duch szczodry z rezerwą oszczędny w sobie jak nigdy za życia
albo mi się to po prostu przywidzialo

to jakby gęstrze powietrze pełne fałdów fal i wirów
wybaczliwe bogatsze w tlen wysoko pod kościelnym stropem

powietrze z palcem na ustach
bo żaden z poetów nie odczytał jednego wiersza Allena

a przynajmniej ja tego nie słyszałem
ani go nie wspomniał tego wieczora z imienia

S—–S.

Tablica pamiątkowa Audena ta z dwurymem o miłości zniknęła
kiedy kamieniczką zaopiekowała się  meksykańska restauracja
w jej miejscu zieje dziś z prostokątnego otworu
płaski okratowany łeb kuchennego wyziewnika

natomiast na fasadzie monster-czynszówy Gem Spa
gdzie ja miałem norę
pojawila się tablica reklamowa Pizzazz Pizzazz
jakby jakiś jąkała albo paralityk chciał a nie mógł wymowić
czysto słowa Pisarz

podejrzewałem że sam Profit zazdrosny o Piękno
wziął się na sposób i porazić mnie chce paranoją prześladowczą
to prawda z moją wymową w angielskim było podobnie
na tych wszystkich nieprzeliczonych szampanach towarzyskich
ileż ja się nastarałem tłumaczyć
jak trudna jest wyprawa w śmierć
która żeby nie wiedziec co
zawsze wiedzie do celu

w odpowiedzi słyszałem skargi – nie rozumiem
może pan sir powtorzyć – a po powtórce – to ciekawe
a kim pan jest itd etc forward
wheather you stand in place or walk
in terms of risk to your life makes no difference
walk meaning among other things that you are free
in NYPD parlance when they can’t find sufficient evidence
to hold you in the pen

———————-wracając do literackiej choinki
wieloletnia hamsunowska głodowka
podstroila mój organizm tak
że wystarczyło pięć sześć kielichów bialego
– pić czerwone na tłocznych przyjęciach
to śmiertelne ryzyko
ot byle flircik z kobietą w sukni za 10 000 dolarów
ślepego na ceny kuszą cię jej oczy uśmiech dekolt
a ktoś zawistny trąca cię od tyłu w łokieć
co z tego że przeprasza szkoda już wyrządzona
błękit lub biel jej wieczorowej Dolce&Gabbana czy Armani
zlana twym winem jak krwią a jej mężulek
wydzwania z cell phonu po mafię lub policję –
oczywiście białe nie takie groźne
da się spłukac sam na sam z włąścicielką w WC
więc po kilku kielichach
ogarnął mnie podziw duma z samego siebie
duma iż w ogóle jestem iż jestem gdzie jestem
że zaprzysięgłym wrogom
salonowym pułapkom oceanicznym sztormom zimy
i strzałom szyderców
uchodzę z życiem in OO7 style
że dusza
dusza w mej piersi zaćmiewa diadem
diadem cesarzowej Józefiny na sprzedaz u Van Arpel

Ach! Dzięki ci duchu Allena!
Owa literacka choinka dała mi możliwość
przedstawienia się literackiemu światkowi Nowego Jorku en mass
versus verse
vive la poesie en trance
no więc – co tam! – nie żałuję towarzystwu darów swej erudycji
sieję dowcipami złośliwostkami bon motami
znakami zapytania miotam wokół jak bumerangiem
aż przy okazji kolejnego kielicha
z mych ust wzleciały pod stropy księgarni
arie wdzięcznosci gratias everybody
adresowane do całego zgromadzenia
piór i pióropuszy
zanim towarzycho zdążyło zdecydować czy bić brawa
czy dzwonić na 911
Allen pośpieszył ku mnie i położył mi na ustach każący palec
jak Jahwe na wargach bluźniercy

O dziwo kiedy lampki na choince zgasły
autor Skowytu found himself next to me again
ostro mnie to spięło spodziewałem się wygnania
z nowojorskiego parnasu raz na wieki wieków amen
a  on że jeśli chcę to mogę wracać razem z nim na piechotę
mieszkaliśmy przecież blisko siebie
40 ulic spaceru w dół miasta

Och jak długo trzeba czasem łowić  w głębinach pamięci
żeby coś zaprzepadłego z niej wyłowić

idąc w dół Manhattanu 5 Ave
pod kaskadami świątecznej biżuterii
spowici w wiry lekkiego jednośnieżynkowca
rozmawialiśmy oczywiście o poezji o poezji w nowym
w przybranym przez poetę języku
czy jest w ogóle możliwa
miesiące wcześniej za stołem prezydentów PENu
Allen nie rzekł ani słowa teraz miałem szanse
spytać go o to sam na sam
oto jakie wino ma na mnie działanie

moja pierwsza rymowanka po angielsku
brzmiała  tak
———-Seasons return
———-Days of joy do not
———-What  what do we learn

———-That a dance life’s bloom
———-Is brief  let’s forgive
———-In the dance’s trance

A pierwsza po francusku
Excuse mon orthographie
Nastepująco
Po ledwie czterech tygodniach w Paryżu

———-…je accuse mon chere muse
———-Je travaille a Toulouse

———-O mon Die
———-Vous le vous reserve…

dni przede mną coraz mniej
a obowiązków góra rośnie
niemiecki wloski hiszpański rosyjski bułgarski
minimum dla siebie maximum od siebie
wykuć w marmurze po łacinie

———-wolałem milczeć wyznał Allen
żeby nie ryzykować niczyjego losu
pochopną obietnicą powodzenia

jeśli chodzi o język mówię jak widzę angielski w NYC
rodzi się on tutaj Allen co dnia na nowo
gdzieś tam na Queensie jako Ame-Chinski
na Greenpoincie  Ame-polski
na Jamaice Ame-haitian
gdzieś gdzie się pasą mosty w Ameryke
szczekakają jutrzejsze słowiki
więc wystarczy nadstawić ucha
„cock your ear”
jak radzi E. B. White w „Elements of Style”
i albo się te języki łapie albo człowiek jest tone-deaf
i jeśli w dodatku łapie się te językowe pożogi
wspinaczki przygody ryzyka w słowa na papierze
żeby potem zestrajać je
w formę o jakiej dotąd nikomu się nie śniło
ale pełną treści
nieznanej dotychczas wersom
to chyba jest to poezja

poezja bez niej nasze miasto i świat
czym miały by się szczycić
wobec gwieździstej muzyki sfer

różnica między wierszem a poematem
wiersze to głosy adresowane do aktualnej rzeczywistości
śpiew łabędzi w kakafoniach rynku
gdy poemat jest modelem świata
jakim świat się jawi stuokiemu pióru
globus z wychyleniem w przyszłość
pracując nad poematem
ostrząc myśl
cyzelując metafory
z biciem serca za rytm
z oddechem za metrum frazy
poeta pracuje
pracuje nad przyszłością
kształtuje ducha jutra

uszy by ci Allen zwiędły gdybyś rozumiał po polsku
wyobraź sobie czterech młodzienców
na oko ruchome rzeźby antyku
jak idą wiosną przez kwitnący ogród
głusi na kwilenie ptactwa hawajskie gitary akordeon śmiech
opowiadają coś czego nie sposób zrozumieć
przekleństwami rynsztokową laciną
he fuckin shit pisses me off so fuck the mother fucker I throw up
on his mop and he
he pukes out a damn stinker and she a damn whore
any dick her lolly pop
and so on and so forth
no nie sorry to nie do przetłumaczenia
chyba żaden inny język nie ma nawet jednej dziesiątej
słownictwa tego rzędu
gdybyś  tych adonisów w shortach nagrał na swój magnetofonik
i puścił im ich samych dali by ci Allen za przeproszeniem w pysk
oto co pozostaje z mowy
jesli skazać poezję na wygnanie z języka

albo wiedźmy od odkurzaczy i mioteł
stoją przed szkółką angielskiego kopcą i narzekają
już rok będzie jak bulę dychę od godziny nauki
a jak przyjdzie zagadać to mi się pustka w gębie
taka robi że jakbym mogła to by nauczyciel jego mać wisial
na suchym konarze

co więcej ciągnę
w odróżnieniu od polskiego który ciągnie się w nieskonczoność
wymyślnymi a bezmyślnymi szelestami
– przy mszy szły wszy w mżawkę
potów pod rozmodloną czapkę – język angielski
krótko-i-ostro-słowy
bez pisanej gramatyki itd etc zależy w strukturze
w precyzji od inteligencji mówców
rozwija ją
żywe słowa dance for example
tańczyc albo taniec w zależnosci od pozycji w zdaniu

przystanęliśmy przed Gmachem Biblioteki Głównej
gmach miał w przyszłości przyjąć w zbiory mój „Trojgłos”
ale tamtej nocy jawił mi się on niby sejf wieczności
sejf którego ja nie będę warty żeby nie wiem jak długo się trudzić

jak myślisz spytał mój Wergiliusz czy to wszystko na nic
wskazał na bramę wysoko nad imperialnymi schodami
tę ze lwami na straży czy to wszystko na nic

poezji Allen być może nikt już nie czyta
może rzeczywiście jest ona bezsilna
wobec apokaliptycznych pożarów trzęsien ziemi
wulkanicznych erupcji wobec zła
wobec własnych marzeń
ale my my poeci
czy my potrafili byśmy żyć  bez niej

i tak się ta nasza bożenarodzeniowa wędrówka
środkiem miasta dalej toczyła
z kurtynami śnieżynek w powolnym tańcu dokąd tylko wzrok sięgnie
śnieg barwiony złotym światłem latarni Manhattanu
abyśmy mogli w miękkim blasku
zaglądać sobie nawzajem w twarze
stajenki z Jezuskiem na wystawach gdzie na codzień
pysznią się najdroższe kreacje dyktatorów mody
scenki z „Opowieści Grudniowej” Dickensa
w wydaniu kukiełkowego teatrzyku
reklamy podróży w baśń
gdzie się poluje na rajskie ptaki
oferty noworocznej zabawy na dnie Zatoki Meksykańskiej
urlop wśród amfor z winami z przed 2 000 lat
a wszystko to przy dźwiękach kolędy „Dzwonią Dzwonki”
którą nota bene
po raz pierwszy usłyszałem w dzieciństwie w cyrku z ZSSR
wyszczekiwał ją psi chórek
dalej
wskroś parku przy 23 Ulicy
gdzie kongres biurowców
smukłe twierdze LifeTime’u
architektura wysoko ponad kawalkadami chmur
cała w  złocistych łuskach i chełmach
zdaje się uspokajać ba zapewnia mnie
co do wartosci ludzkiego pojedynczego
żeby nie wiedzieć jak pognębionego istnienia
czy ciebie Allen też
dalej Broadwayem do Parku Washingtona
przed pomnikiem markiza de Lafayette
wypuszczam się w orację
jak owa nikomu bliżej nie znana rzeźba
przewyższa kunsztem Statuę Wolności
i dlaczego
przecież jeden i ten sam rzezbiarz obie je rzeźbil itd etc itp
antykwariaty starzyzna lombard z trąbkami Charliego Parkera
ażeśmy się w końcu znaleźli przed sklepikiem Gem Spa

tym z lodami na rogu 2 Ave i St. Mark’s Place
i przy stosach przypruszonego śniegiem NYTimes’a
przyszło nam wybierać jakie na Good Night
wanilia truskawki czy orzechy z czekoladą
bierz ile chcesz ośmiela Allen
wczoraj wypłacili mi część za antologię…

T—–T.

—–– Powiedz, wskaż błędy, jeśli nie mam racji!
Oto w realiach coraz ciaśniejszych współzależności
między ludźmi, tylko ona, poezja, oferuje
przestrzeń dla wolnych wyborów,
z osobistym ryzykiem niepowodzenia
i powszechnym zyskiem
na przeciwległych biegunach działania.
—–– Załóżmy, Allen, że wiersz,
który napisałem wczoraj wieczorem,
dziś rano jawi mi się jako zawstydzająca klęska.
Czy wyrzucę go do kosza, czy nie, jeśli tydzień
albo dwa pracy nad nim ocaliły by natchnienie,
wartościowsze niż jego dotychczasowa realizacja,
od zapomnienia, od daremności?
Z czego wynika, że praca,
której podejmuję się samotny w mych przekonaniach
czy intuicjach co do potencjalnego znaczenia utworu
jest w sensie dosłownym pracą nad aktualnym światem
jakkolwiek nikły byłby procent jego ulepszenia,
podciągnięcia go do sfery osobiście odczuwanego
i rozumianego ideału.
—–– W tym sensie, zgodzisz się chyba,
moja wolność osobista, wolność wyboru i sumienia,
wiedzie do szlachetnego niewolnictwa.
Do niewolnictwa w imię spełnienia się,
dzięki mojemu poświęceniu,
maksymalnych potencjałów utworu, z jego wpływem
na przyszłość planety włącznie,
żeby odnieść się tutaj do przysłowiowego motyla,
wiesz, do motyla z nauki o Chaosie…
—–– Jedno mnie w tym równaniu trapi!
Jeśli zgodzić się z Goethem, że nawet najgorszy porządek
lepszy jest niż anarchia, twoj „Skowyt,” ta triumfalna,
desperacka i przejmująca demonstracja osobistej wolności,
przynieść może pewnego dnia w konsekwencji rozpad,
a raczej niemożliwość, wszelkich praktycznych porozumień
na temat tego, jak powinno być skonstruowane
i gospodarowane optymalne społeczeństwo,
utopia w wymiarach możliwych do osiagnięcia
na planie nieosiągalnych marzeń…
—–Te, i im podobne myśli, nurtują mnie tym głębiej,
tym natarczywiej, im bardziej skraca się moja przyszłość,
jakby w przekonaniu, że śmierć, śmierć Ginsberga,
nie znaczy wcale, iż mój przyjaciel poeta
nie wypowie sie jeszcze na ich temat,
w jakimś moim śnie na przykład,
tak, jak wczorajszy sen podsunął mi kilka pomysłów
co do rozwiazania problemu bezdomności,
w sytuacji, gdy domy kupuje się jako inwestycje,
a kolej żelazna podupada,
nie mając dokąd wywozić eksmitantów,
ludzi bez adresu…

U—–U.

vtablica pamiątkowa Audena z dwurymem zniknęła
kiedy kamieniczką zaopiekowała się meksykańska restauracja
w jej miejscu zieje dziś z prostokątnego otworu
płaski kratkowany łeb air-conditionaire’a

natomiast na fasadzie czynszówy Gem Spa gdzie ja miałem norę
pojawiła się plansza reklamowa Pizzazz Pizzazz
jakby jąkała albo paralityk próbowali ale nie mogli wymowić czysto słowa Pisarz

V—–V.

poeci ci wychodzący i ci co wchodzili przez tylnią bramę
do siedziby Poetry Project przy St. Mark’s Church
gdzież oni dziś są noszę ich wszystkich w sobie płyną rzekami
mej krwi czerpią z mego serca swe pośmiertne życie

kroczyli na palcach wychodzący mijali się z wchodzącymi
zniżali głos zawieszali gest ilekroć Allen ja i kilku innych z chóru
wiedliśmy jakąś dysputę – “ten który mówi prawdę
nie musi pamiętać co mówi” – wsparci o Dzwon Wolności

Dzwon stanu Nowy York stojący nisko na cmentarzyku
przy kościele
Corso Holland Berrigan chłopaczkowaty starzec Hendcke
murzynek z Jamaiki po Harvardzie
z wierszykiem w The New Yorker za sens życia

poezja krocząca na stopach słoni intelektu
ożywione posągi własnej sławy
stada safon
poetessy wnoszone w anielskie chóry na noszach

the guy Michelin zawsze z drogi
z tomami swych wierszy za cały bagaż
wstyd za świat w osobie Krakauera
co się tu ze mną wyprawia Meade’a

dlaczego ich nie było na pogrzebie Orlovskiego
natykaliśmy się na siebie w starym Strandzie
Strand handlował wtedy XIX wieczną makulaturą
centy od tomu
to tam udalo mi sie nabyc kilkanascie egzemplarzy
Kwiatów Ameryki z 1919 roku
dziś kupiłem tam wybór Audena zaraz go będę czytać

w subwayu sprawdzam spis tytułów
myślałem że zawrócę pociąg z drogi
na setkę poematów i wierszy brakuje tego właśnie
którego mi najbardziej trzeba
Phi Alpha Kappa w tytule jeśli mnie pamięć nie myli
o ile dobrze pamiętam coś co mi ktoś kogo zapomniałem powiedział

Auden skomponował ten poemat bodajże na okazję z Oxford U w tle
i rzeczywiście odzwierciedla on w oszałamiających rymach
i rytmach
architekturę szkolnicy której i ja wiele zawdzięczam
a w ktorej pewnie nigdy moja stopa nie postąpi

spina ten majstersztyk misternym mostem
Drugą Wojnę z gotykiem gotyk z Helladą
więc się przy Dzwonie Wolności żalę Allenowi
przecież ja tak nigdy nie będę potrafił on też nie umiał
zanim się nie nauczył dobrotliwie napomina Allen

a pod scianą kościoła ciągną sznury poetów
których na próżno było wypatrywać w kościele
kiedy duch barda beatników obracał fałdami powietrza
jak płaszczem
z Audenem w kieszeni przystanąłem przy tym Dzwonie
dziś wieczorem

przeglądając kilka dni temu co się o mnie wyświatla na Google
dowiaduję sie że w archiwum Ginsberga w Stamford U
jest mnie na tyle żeby ten fakt uwzględnić w moim web-rysopisie

a może chodzi po prostu o egzemplarz “Nowego Wyrazu” z lata ‘75
pisałem w nim o noworocznym czytaniu w St. Mark’s
Allen miał go w swej biblioteczce
zamiast konfesjonałów poezja
muzyka taniec manipulacje z tranzystorem
w akcie samorealizacji
przed publiką

choć nie szastają już dziś cieniami po mieście
są piją z mego serca jak ze  zródła życia
brać w pozach
czekają na swą kolejkę na scenie

śpiewacy bez głosu jakby ich niebiosa na pośmiewisko
zmuszały do śpiewu
gitarzyści skoczkowie ślepcy kpiący ze światła
to że ich angielski przerastał mój
nie znaczy wcale że ich nie rozumiałem

wiatr dziś wiał przez miasto jak poszukujący kogoś pośpiech
z drzew dzielnicy jak chorągwie przegranej bitwy
powiewały strzępy czarnych plastikowych worów

Allen musiał być oszołomiony starym cuchnącym lwem Oxfordu
w poezji Audena prawda żyła w klatce rzemiosła
choć rzemiosło krat nie wykuło kunsztem równych tymże
prawdę trzeba było uwolnić z tych krat
uwolnić własnym głosem – więc uwolnił! Allen did…

W—–W.

Jutro widać ma bzika
Kiedy przychodzi
Dzień wczorajszy
Rozmywa się w nim i znika

Znika mądrość dbała
O jutra zdrowie
A jeśli się co ostaje
To śmierć w byle rowie

Skowyt staje się reklamą
Ubawu wiosną w parku
Żywi za duchy przebrani
Nicość niosą w podarku

Jutro widać ma bzika
Przeźroczysty jak wiatr Allenie
Wskroś ciebie jak przez soczewkę
Widać co ma w cenie

Widać jak mu sensu brak
Choć się do studzienki zlatuje po ptaku ptak
Choć się w kałużach w parku
Niebo otwiera zakamarek po zakamarku

X—–X.

Cóż to za podróże
Dłonie gdy po omacku
Przetrząsają faldy dziury kieszenie w ciemnej szafie
Za zagubionymi okularami

Zanim będzie można znależć kontakt
I włączyć oświetlenie

Cóż to za wyprawy
Wokół zupełnie nieznana mi dzielnica
Jesli Nicość moze być tymi kilkoma zakrętami ulicy
Drogą po zakupy

Zanim będzie można znaleźć kontakt
I włączyć oświetlenie

Patrzę spychacz spychacz władca
Akurat tam się wtacza gdzie od kilku dni
Pieszczę wzrokiem rozesłany pośród śmiecia i chwastów dywanik
Dywanik z Afrykańskim a może Indiańskim motywem – akurat tam!

Zanim będzie można znaleźć kontakt
I włączyć oświetlenie

Nie tyle może motyw ile widok na wioskę w Afryce
A może  w Colorado święty ogień po środku
Wokół wojownicy niby litery przed-pisma
Tańczą taniec triumfu radości

Zanim będzie można znaleźć kontakt
I włączyć oświetlenie

A tu żółta mechaniczna bestia rwie zębiskami
Co tam druciane ogrodzenie
Może nastawiać oporu oporu
najpierw w obronie prywatnej własności

Wcielonej w tę tu wąską zachwaszczoną działkę
pod pieczą łańcuchów kłódek i kolczastego drutu
W przebudowującej się gwałtownie dzielnicy

Zanim będzie można znaleźć kontakt
I włączyć oświetlenie

A w końcu już tylko brońiąc własnego wiatrem przeszytego losu
Losu z kilimem w Afrykańskie czy Indiańskie symbole za cały skarb
Czy metal może like get mad I mean clinically mad
Coś  z mego serca też poszło na przemiałkę

Zanim będzie można znaleźć kontakt
I włączyć oświetlenie

Przeklęta po stokroć przeklęta
Niech będzie
Biżuteria
Skąpstwa i chciwości

Zanim znajdzie się kontakt
I włączy oświetlenie

Czego mi brakło to odwagi zeby przeskoczyć druty
Pokazać rdzewiejacym zwojom kolców kto tu rządzi
Zwinąć dywan oddać go do pralni i później dzięki niemu
Byc gościem cieni na Wiecznych Łowiskach

Zanim się znajdzie kontakt
I włączy oświetlenie

Gdybym na ratunek wiosce skoczył był przez kolce
Zanim ją żółte monstrum nosiciel rozwoju
Stargał gąsienicami i przeniósł w szczypcach w niebyt
Popełniłbym przestępstwo karalne paką wydaleniem z USA

Zanim znajdzie się kontakt
I włączy oświetlenie

Choć w gruncie rzeczy co to za różnica
Dywan u mnie
Czy tu za siatką w śmieciach w chwastach
Byle cieszył oko

Co to ma wspólnego z Allenem
Jutro
Jutro które nas wszystkich ze sobą razem mieli i miesza już dziś
Dni mijają a nas już dawno nie ma

Zanim znajdzie się kontakt
I włączy oświetlenie
Dni mijają
A nas już dawno brak

Y—–Y.

Jesteśmy uratowani wzdycham
Pod niebotycznym dźwigiem
Wyprawa w szary swit
Przyniesie rezultaty

Chyba że się ziemia zatrzęsie pod dzielnicą
Zanim uda mi sie dojść do następnego rogu East NY
Dochodzę
W sklepie pustka i sprzątacz

Pustka z jednej strony
Kuloodpornych plexi ścian wypełniona po sufit
Alkocholem jak baśń tysiąca i jednej nocy
Duchami zaklętymi w szkle

A z drugiej tej po mojej stronie
Jest kubiczną nieregularną bryłą
Pustką ze sprzątaczem i “mopą” ogladaną  z pozycji
Pierwszego klienta dnia w jej wnętrzu

Jak mowię kuloodporna ściana
Pomiędzy klientem a resztą wszystkiego co istnieje
Rozdziela wszechświat na dwie części
Jedna częśc ta ogladana z jej wnętrza

Ochronna jak skafander nurka i ciasna
A druga ta po tamtej stronie Chaosmosu
Wypełniona od horyzontu po horyzont wieczności
Oceanem alkocholu nieskonczonością flaszek

No więc samo złożenie zamówienia
Palo Viejo please the small one please
Jest małym kroczkiem w trudnym porozumieniu między rasami
Słowo dalej zaczyna się proces a la Kafka na małą skalę

Kolano sprzedawcy pod ladą na przycisku 911
Jak długo można sprawdzać czy płacona dwudziestka
Się sprawdzi
Aż wreszcie w pudełku

W obrotowym pudełku
Z kuloodpornego plexi na ladzie
Zaczyna się teatrzyk
Małych

Ledwie że
Zauważalnych form
Zanim pudlełko przekręci się
Otwartą scianką po szkło

Zanim odda mi się w nim
Butelczynka dziewczynka
Ze sznurem złotych medali
Na szyjce

Trzeba mu najpierw zawierzyć
Pieniądze
Mały Palo Viejo kosztuje
Niecałe cztery dolary

Kładę piątaka w obrotnym dry dock akwarium
Teraz zaczyna się
Komedia z wydawaniem reszty
Owidiusz nie szedł na wygnanie w uporze stóp

Równym trudom dłoni sprzedawcy
Co nie chcą a muszą wydać tę resztę
Skladają się one i rozkladają jak szprychy parasoli
Na ty z metalem cyngla

Wokół banknotu
Five minus trzy sześćdziesiąt pięć
Taniec ostrożności z pomiętym piątakiem
Zamiast muzyki

Oto
Ile wart jest
Świat
Bez wtóru

Tu
Gdzie się
Gwieździste stroją
Liry

Podejrzenia pustka strach ulic bez końca rum
Sprzątacz z mopem
Banknoty
I ja

Ja z nadzieją ze uda mi się
Wrócić cało
Do domu za róg
O 1 pm na WQXR „Woyzeck” Berga

Zdążę na pewno
Chyba że się wcześniej aż strach
Ziemia zapadnie
Pod dzielnicą

Z—–Z.

——————————————————11 lipca 2011
——————————————————NYC
——————————————————Allen Ginsberg
——————————————————Jacek Gulla

Advertisements