Jacek Gulla

Art and Poetry

OBRONA AMERYKI

OBRONA AMERYKI

——————————Carpe Diem Hora Fugis

Gdyby taki na przykład mało medialny Madison Wis
Ogłosił się dziś stolicą świata Wall Street zyskało by tylko
Jeszcze jeden powód żeby się upewnić
Co do swej pozycji
———————jeśli byle dziura pod Alaską
Znalazła w sobie dość hucpy oparcie w jednym jakimś
W końcu marnym acz niezbitym fakciku
Dla swych globalnych pretensji
Samozwańczy bo samozwańczy Manhattan
Capitol of Capitalism nie musi się już chyba
Przed nikim tłumaczyć dlaczego
Uzurpacja honorów to jego święte prawo
—————————————fakty świadczą
Nawet ich tu nie trzeba zwozić na siłę
Podbitych rynków wyzwolonych ludów
Pchają się same przez dziurę pod Nevadą
Latynos do popielniczek warzyw strzyżenia ogródków
Oriental do masaży do pralni
Waligóra Rockefellerom mieszać cukier w herbacie
Rusek z krwi i kości udawać Synagogę
Jeden przez drugiego wychwalać ekspansję
Supremat wciąż coraz wyższej Freedom Tower
Czymże przy niej taki tam Pałac Tradycji
Dawno zaprzepaszczonego ksiąstewka
Most Zgody nad ściekiem przemysłu
Żegnać kolejny eksport za Atlantyk
Strażnica przy lotnisku
Witać salutami nalot Ochrony Wolnego Rynku

Washington DC stolicą USA jest tylko dla prymusa
W szkółkach angielskiego gdzieś pod palmą na fiordzie
I nikt w NYC się specjalnie nie śpieszy
Prostować dysimformacji wystarczy pobłażanie
Niech się pobawią bombą jak dzieciaki
Mocarze z komiksu przy brudasie z procą wsród
Wystrzelanych okien Wall Street dyktuje cenę pokoju
Koszty wojen z coraz bardziej opłacalnej taryfy
Dziś wszystko jutro oddasz resztę ile i co
Się należy ile i co się zgarnie
——————————a biedak klozetowe popychadło
Którego matczysko zęby sztuczne wbija
W ścianę nad Zatoką Żyraf żeby z głodu
Nie zagryźć ostatniego okazu
Ze ścierką w ustach co prawda ale cmoka cztery litery cmoka
————————————————————glupi lincoln
Z turystycznej tu fontanny tam w matczynych stronach
To majątek dzień łaski od pechowego doroczyńcy
Oto jak się świat na kolanach wdzięczy
Do tryiumfów Ameryki w dziedzinie wartości
Rzetelnych ponadludzkich
—————————— szkoda nawet luster
Tak się tłoczy lud niewolony ludy wyzwalane
Na komnaty światowej stolicy że i zwierciadłom podwajać
Wprost brakuje światła czasu
——————————Stolica Świata
Jarzy się pod skrzydłami lądujących nocą Airbusów
Dowóz pszczół do ula przestępstwo w toku
Miodowy śpichlerz rabują właśnie rwą plastry złote na strzępy
Szcześliwcy co na JFK wylądowali wcześniej
——————————niekiedy zdarzy się idealista
Poddaliśmy się tłumaczy za swój ludek gdzieś tam
W dorzeczu Rzeki Płonnych Nadzieji
Wierząc że miarka za miarkę z gentlemen’s agreement
Obowiązuje także Stolicę wobec kultur białej flagi
Ale gdzież tam tu nie takie argumenty trafiają ad acta
Do rozpatrzenia w późniejszym terminie
A że się rozpadła pod podeszwą na zwiadach
Jakaś historyczna maska to pewnie była maska zawiści
Taką każdy podbity kryje pod czołobitnym hołdem
———————————cóż dziś z takiej maski
Zazdrościć samemu sobie nie sposób
Gorzej jeśli dobrowolny jeniec uświadamiać chce Stolicę
Co do strat kultura po kulturze tradycja po tradycji
Dusza po duszy jakie Stolica ponosi
Pod jabłkiem swego panowania w dalekich a przecież
Wdzięcznych jej prowincjach poeta Hellady
Nie znalazł słuchaczy w Imperialnym Rzymie
Koniec z końcem wiązać korepetycjami rymu
Dla pociech najmożniejszych domów
Dlaczego w Stolicy Świata miało by być lepiej
Dziś banicją opinia plotka jawna niechęć miasta
Z którego uciec z życiem to sen skazańca Labiryntu
Żeby i z asystą miały śpieszyć niedobitki Szkoły Aten
Spisek matematyków zero żeby zamrógalo zielone
————————————-i tak z ratunku nici

Gdzie straże rzeczne Orfeusz we łzach się topi
U widel ślepej ścieżki język co dotąd wiódł
Żaden teraz kompas jeśli nikt nie słyszy
Jeśli nikt nie słucha choć uszu uszu wszystkich
Języków planety tu mrowie a jeśli się jedno nawet
I nachyli z obcego języka słucha
Słyszy tylko co wygodnie czego boi się słyszeć
Z czym mogłoby wyjść na swoje
Byle się trafił bardziej jeszcze ufny delegat
Z jutrem na handel pójść za nim w czapce niewidce
Wyśledzić chętnego kupca i zanim ci dobiją targu
Doliczyć jeszcze jedno juterko do kalendarzyka
W podszewce szykownej podomki

Chiny nas kupią za własne nasze długi straszy Wall Street
Nominalną stolicę a w rzeczywistości zbrojne ramię Zysku
Arsenał czas wzbogacić o środki masowego
Odbijania długów jakby długów nie liczyć pozostają nasze
Święta własność prywatna w zastaw u globalnego oszusta
I wyzyskiwacza własnej nieświadomej niczego
Klasy robotniczej
——————–z alfabetu umów F 16 to miażdżący atut
Albo Chiny oddadzą co nasze albo jak to spiewają
Polacy przy robocie sami odbierzemy
A szabelką to sobie może Allah wymachiwać na eskadry
Z palcami w uszach pod turbanem baśni sa dobre na dobranoc
Teraz pora się budzić do warunków
Triumfującej konieczności ryby nie pogonisz
Żeby na brzeg wyskoczyła i zwiała zającem
Ale istotę myślącą można można a nawet i trzeba
Mało należy wprost nie wypada nie wydźwignąć nie wyrwać
Z bajor płytkich korzeni jak urwisa za czuprunę
Ze ścieku klasztornego łajna na zbawienne współczująco
Samoposzerzające się brzegi Ziemi Obiecanej
———————————————Made in USA
Wdzięczność to mało alfabet zbrojny nie wierszyk
Ktoś zapłacić musi wystarczy same procenty
Resztę się wliczy w pomoc gospodarczą

———————————————spojrzeć jednak
Na to wszystko z dyliżansu myśliwego sorry
Z dystansu myśliciela wielkość Rosji zasłania
Widok na Orient i Afrykę
Sprowadza kondukt pogrzebowy w perspektywy
Międzynarodowego Postępu ofiary do grzebania
W pocztach za symboliczną trumną
Jakby ich tu przebrać za wesele nim trafia na cmentarz
Moskwa panną młodą Washington pro forma
Za rzeczywistego wybranka jej ręki zamiast do grobu
Niech kroczą jak do ołtarza ziemi oddać co ziemskie
Czego ziemi tak czy inaczej nie zwrocić ani odebrać
Nie sposób extra się dzielić sprawiedliwie
Nawet gdyby któraś ze stron chciała mniej niż się należy
Mniej niż potrzebuje że mniej dać nie sposób
Ciężarna dziwiczą Syberią panna opuszcza powieki
Czerwieni się ale nie na tyle żeby przestraszyć
Łasa przedsiebiorcy do cnoty swej w złoża różnorodne
Przebogatej a ten korzystając z jej wrodzonej nieśmiałości
Już za naftową maca ropą za uranem za diamentowym pasem
Pod sukniami nie winnej nic nikomu Rosji

Gdyby narzeczona miała złapać za rękę
Nie pierwszy to już raz narzeczony zna dalej na pamięć
Chciał wiano umiłowanej uchronić kto wie od jakich
Strat od jakich hazardów od jakich kaprysów
Zanim mu je jawnie w ręce przekazać by i tak musiała
Przy wiekopomnych ślubach i karta już nie do przebicia
Jak już przed zgodą przyszłej połowicy
Zaplanował im wspólnie bez reszty dozgonność
Z akcentem na wspólnie żeby potem nie było ze wspólną
Jesli strona poszkodowana miałaby wnosić o rozwód
Zrywać jednostronnie pakta z konieczności
Podpisywane ad infinitum krwią z Bożego Palca
Czym kto umie najlepiej pod zgodą obopólną
Ten sam chleb dwa trzy razy droższy dla glodnych
Nikt rozumny nie może sobie po Wolności obiecywać
Że ta nie okaże się na przykład oszóstką
Że do oszóstwa zmusi a nawet przyuczy a konto
Gwarantowanych zwrotów inwestycji
Wszystko w imię rozwoju środków i sposobów
W żmudnej codziennej walce o przetrwanie
Obowiązujących statystyk tylko ten którego nie stać na jutro
Uczy się ile wart jest dolar i ten tylko godny z Prezydentem
————————przy Statule śpiewać jest 4 Lipca

Orfeusz z małego o ot średnica wysepki czy kraiku pochodzenia
Musi się wstydzić rymu widocznie z moim angielskim
Wciąż krucho że ucho łaskawcy się trudzi nie rozumiem
Proszę powtórzyć niech Sir mówi wyraźnie
A skąd pan jest itd itp etc ad infinitum we wszystkich
Językach narzeczach i słownictwach globalnego Babel
Reception 24/7 polonaise Consulatów przed kapryśnym
Dyktatorem mody ze świtą od rewizji
——————————————dopuki jeden
Z drugim orfeusz natręt przez małe o z językiem w krtani
Ratunku od ścisku na salonach Stolicy nie poszuka
Gdzieś pod gołym niebem
—————————noc nad Stolicą Świata nawet gdyby
Pod nią przysłowiowy kamień na kamieniu nie miał czym
Się chwalić gole jakieś wysypisko i kilof działka nad którą wisi
Osiagnęła by astronomiczną wartość na aukcjach real estate
Dla samej łuny nocnej
————————–gdyby ktoś chciał tanim kosztem
Filmować Dantejskie Inferno wystarczy że skręci noc
Noc nad Manhattanem z barki na Hudson River
Niechby i barką huśtało cóż się zamazać może tam w niebie
Chmury innym wiatrem każda gnana innym gnana blaskiem
Fiolety boleści różowości w popłochu przed śmigłym ścigaczem
Dymy po fajerwerkach co wciąż na falach gasną
————————————-Księżyc jeśli wśród tych zwidów
Wypłynie oddycha się z ulgą przez chwilę człowiek
Się czuje naprawdę jak na Księżycu bohater bez skafandra
————————————–pierwszy jedyny ostatni
Orfeusz jakiś przybłęda przez małe o
Otwiera usta jak przez duże tak własna dziwi go ofiarność
Na widok Księżyca że dryfuje pusty Stolicy Świata
Z ratunkiem na wypadek gdyby kto potrzebował
Kto czekał tu ratunku
————————potem już spowrotem na twardym
Gruncie spocząć na ławce w parku przy parkingu
I jeśli akurat świt blednąc wymazuje z niebios
Spektakl nocnych cieni kiedy brzask na rusztowaniach
Stolicy na dźwigach Jutra wymusza radość posłuszeństwa
Porównywać z własnym los pierwszej lepszej
Latarni ulicznej tej co mimo brzasku świeci dalej wierna
Latarnia zastanawia rojem oszalałych ciem
Owadów co ślepe na wszelkie inne światło
Główkami walą w to co właśnie gaśnie

—————————————–nie żeby Sąd Ostateczny
Groził komukolwiek broń Boże żeby Ameryka miała jeszcze
Przed najwyższa wokandą błagać byle orfeusza z małego o
Żeby to o jej na świadka otworzył w mowie obrończej
Szeroko jak tylko żuchwy pozwolą czego lepszego
Spodziewać się po Poezji gdyby nawet zmuszać
Żeby szerzej się otwarła Poezja szerzej nie da już
Przecież rady nie jest zrabowaną sakwą żeby
Jej na siłę wydzierać zawartość żal Poezji zmuszać
Choć trzeba
————— czymże najwspanialszy triumf historyczny
Jeśli jedna strofa nie miała by przetrwać na wietrze
Nawet gdyby głodna dzieciarnia Jutra uszy miała znajdować
I smażyć w odpadkach po zwycięskich bitwach
Czymże Imperium bez poematu bez składni

Jakże odmowić racji potężnej Oskarżonej
Mało rzec pragnęła ona wciąż szczerze pragnie
Dawać z siebie co najwatrościowsze
Ta jednak prawda powierdza się niezmienna
Od kajdan uczy się więzień nie jak wolność cenić
————————ale jak bliźnim zakładać kajdany
Ostateczny Sąd powinien uwzględnić
Względem niewinnej dobrodusznej z powołania Ameryce
Słabość do łańcuchów stroi się w nie nawet
Jeśli naga mały wzbudza popyt
Dziedziczność niezawinionych cech charakteru
DNA paragraf o ochronie naturanego środowiska
——————————————-odnośnie gwałtu
Gdzież słowa Prawdo
Nie żeby niewinna nie była bez skazy
O pomstę niebios jednak z mych ust niech woła
Gwalt na ufnej a Bogu ducha winnej Niewinności
Sama sobie przecież nie może być winna
A do wyroku postawić zaocznie sprawców rzeczywistych
Sprawców i tak nieuchwytnych
Po czym Sądzie Ostatetczny wybaczyć komu trzeba
Zgodnie z przepisami o nietykalności śladów
——————————–śladów zwłaszcza starej daty
Stare ślady przecież nie były świadome
Do czego prowadzą czy w ogóle doszły
Nawet gdyby się nosiły z zimną krwią
Puty im tchu nie zabrakło
Są to slady w gruncie dochodzenia bez podstaw

Ponadto wiąże Sąd Ostateczny
Pozakonstytucyjna żeby nie rzec
Inymna więź z Oskarżoną
Oskarżona musi być osobą wierzącą wierzyć
W nieomylność Sądu a nawet jeśli przestała
Przecież obywatelska trzyma ją przysięga
A to przesądza bez względu na treść wyroku
O stronniczości najobiektywniejszej nawet Instancji
Jeśli Oskarżona wierzy sprawiedliwością jej
Nawet i 102 dożywocia 17 kolejnych kar śmierci
A jeśli nie wierzy jeśli wątpi szczerze jeśli podważa
Nawet jeśli podważa tylko po cichu w garażu
Ostateczny Autorytet przysłowiowa opaska Temidy
Dowodem jej kto wymierza kary

Wnosić o uniewinnienie niewinnej tak długo aż Prawo
Lub Sprawiedliwość przechyli szalę na swą korzyść
To egzamin o jakim marzy adwokacki Harvard
Hardware on wards war of words w powyższej sytuacji
W imieniu Podsądnej wnosi się wniosek o cierpliwość
O wyrok słuszny owszem ale z miarą łaskawości
O szmat czasu niezbędny wciąż dla powrotu
Niewinnej na ścieżkę sprzed gwałtu
————————————pieniądze
Choć zostały się jej długi tylko długi za podboje
Za triumfy nierzadko jej zaciekłego wroga
————————za czeki na fałszywy uśmiech
Historyczno humanitarnie technologiczne pro i contra
A więc pieniądze gotowe są pchnąć Amerykę
W bankructwo dziś wciąż niewyobrażalne
To jakby naród niewinny polityce rzadzącej ekipy
Karać jutro niech go Ręka Boska broni za jej decyzje
Jeśli Sąd chce się upierać przy tradycji

Miejmyż litość nad dzielną ofiarą nad panną młodą
W poślubną noc nie Wania ją pieścił z prysiudem
A wszy z bajki o nowych szatach króla
Pluskwy z subwayowych ostrzeżeń z reklam materaców
Co się przemycają szmuglują za Wolnością
Szukać w Nowym Świecie kąska tlustrzego
Niż piszczel wyssany Historii
Od nagiej Prawdy szukać jak najdalej

Dość słów to nie do przyjęcia to uwłacza togom trybuna
O wybaczenie wnosić dłużej dla ofiary
—————————– Sąd Ostateczny sam przyzna




——————————————Listopad 13 NYC 2012
——————————————Jacek Gulla

NASZE TANGO

Słońce jakże innym blaskiem
Kładzie się na jedno piękno
Na południowych a północnych
Wybrzeżach Śródziemnego

Ileż ciepłej dumy troski budzi uśmiech
Apolla na ustach niewidomego
Lutnisty przy porannym winie
Pod skałą pierwszą do słońca

I ileż ten sam świt sieje lęku
Godzinę później na widok przebierańca
Co ciernie na czoło założył
Nieświadom jak bardzo przypomina

Tego kto je nosił naprawdę
Tańcząc z kielichem pod wartownią
Całując drut kolczasty
Jakże się nie trwożyć ów o komedianta

Tamci dzwonić po kajdanki
Patrz slońce niewidomy
Nie tyka lutni kiedy proszą
Woli nie śmieje się dbały

O uszy mieściny można by
Pomysleć ten sam przystojniacha
Obskakuje dwa kurorty dziennie
Tacy podobni a proszę

Jaka rożnica w twarzach wokół
Na bliskich sobie brzegach
A dalekich biegunach
Tego samego dzionka

Ilekroć potrzeba mi nazwy dla cywilizacji
Zachodnio północnej hemisfery
Nazwy poręcznej w wierszu
Dłoń milknie potyka się o ołówek

Zawieszony nad papierem i czeka czeka
Co z kartotek jaźń przetelegrafuje
Cywilizacja zachodnia odpada
Rosja przecież sięga po daleki wschod

Cywilizacja judeo chrześcijańska
Tez nie ze względu na prawa
Zasiedziałe Olimpu które to prawo
Judeo ignoruje a o cywilizacje europejską

Pierwsza pretensje miała by Ameryka
Statuę na dowód i armie do poparcia
Cywilizacja post Rzymska to znowu ruiny
I to bez pozwolenia na restaurację

Czy istnieją jeszcze inne określenia
Jeśli nie komu jesli nie poecie zaświtać powinno
Imię brakujące do zbawiennego rymu
Cywilizacja apollińska apollurada

Apollowieczna apolluwdzięczna inaczej
Cywilizacja pod znakiem zapytania
Od kiedy samolot udowodnił
Że da się latać krzyżem

Cywilizacja reklamy od kiedy
Ideal tłumaczy się I-deal
Cywilizacja zabawek
Homo ludens przy sterach F 16

Nazwa sama się znajdzie
Kiedy będzie jej najbardziej brak
Przecież coś co istnieje
Pociechą dwuch ojców

Ślepego grajka i cieśli po winie
I to istnieje w śmiertelnym zagrożeniu
Musi się jakoś nazywać
Nie żeby grajkowi lutnię

Poświęcać na Golgocie
A cieśli krzyż na Parnasie
Z parkingiem dla trzecich kultur
A nawet i jeśli

Tym bardziej problematyczne
Imię domaga się śmiałych ust
Cywilitas Nova pełniej Nostra
Pod nim i Allah umieścić rad podpis

I Dalaj Lama i cesarz Japonii
Jeśli oczywiście nie znają
Dla Cywilizacji Naszej
Jeszcze właściwszej nazwy

Obserwują przecież nie dla niepoznaki
Przez powieki Buddhy z tradycji
Konfucjusza z nad czarnej
Twarzowej woalki

Język się uczy
Swych treści
Nadstawiając
Ucha

Kto wie może imię już mają może już
Od dawna od kiedy Cywilizacja
Nasza zacumowała w ich portach
Próbują je zakomunikować

Z mnogich sygnałów Cywilizacja
Nasza jak dotąd czyta
Tylko białą flagę
Rozumiejąc oczywiście po naszemu

Cywilizacja Bomby
Cywilizacja Zysku
Cywilizacja Męki Bogów
Dusza wieńcem drutu

Kolczastego ze szczerego złota
Cywilizacja klucza krat i kłódki
Cywilizacja samobójcza mało
Śmierć Cywilizowana wszystkich innych

Pomniejszych ale równie
Zagadkowych zjawisk kultury
Edukacji i handlu
W ciasnej pętli równików

Nawet jeśli czytasz nuty
Nie musisz rozumieć słów
Ból trwa ale radość jest wieczna
Czy ktoś to czasem tańczy

Dlaczego nie przywołać Argentyny
Do milenijnego tanga niech
Zaprosi jednego z dwóch
Ojców Cywilizacji Naszej

Tego z ktorym mogła by i chciała
Przetańczyć całe tysiąclecie
Nie żeby zdjęty z krzyża
Nie zajaśniał

Ale wierzę że nawet z opaską
Temidy na oczach Argentyna
Rozchyliła by dekolt
Dla ślepego z lutnią

I ja też tak bym wybrał
Ujął bym niewidomego za dłoń
Co strunom wstrzemięźliwa
Jeśli istnieje instrument

Który na sam widok wirtuoza
Zanosi się dzwiękiem
Stroi wyciąga szyjkę
Chętny akordom palców chciałbym

Być tym instrumentem
Gdybym był Argentyną
Nie żeby cieśla nie wart
Był tanga tylko że

Było by żal zdjętego
Z krzyża gdyby
Nie mieć wyboru
Gdyby cieśla wino samotnie

Sączył w kącie jeśli bym
Oczywiście był ładną dziewczyną
Ale nie siedzą przy flaszce
We dwuch a ten sam

Zachód słońca jakże
Inny cień rzuca w jeden
W dwuch twarzach uśmiech
Slońce pamięta poranek

Cieśla milczy choć z ust
Sądząc na oko słowo im
Się jakby samo przed wiekami
Kładło na wargi

Dlaczego milczy kompan
Od lutni wzycha sam już wieków ile
Jak czekam
Na odpowiedź

Ile nędzy
W cieniu wiary
Muzyki sfer
W pięknym ruchu

Garnitury mógłby im krawiec
Kroić z jednej wspólnej miary
A nawet gdyby na koniec
Obydwaj parnerzy

Mieli sie okazać
Każdy pustym eksponatem
Przecież garnitur ślepego lutnisty
Miałby że się tak wyrażę

Zgoła coś innego do zaofiorawania
Układem fałdów przymięciem materii
Roz i zapięciami niż strudzony
Garnitur trocinami w szwach

—————————-Ach

Po napisaniu tego wiersza
Niechże rym końcowy raczy
A wstanę
Do nocy Argentyną

A na WQXR gitary dwie
Nie szarpać się bedą
Która lepsza ale grać
Grać Nasze Apollokaliptyczne Tango

ADASIOWI ADASIA ADASIOM

Adasiu niech ci się
Nie zdaje że jesteś Mckiewiczem
Adaś prychał po katach
Co światu dziś po Mickiewiczu

Dopuki przed ołtarzem klękał
Dopuki się zrywał na summę poranną
Adaś przysięgał sobie
Przed Panem Bogiem za świadka

Że nie dość że przyćmi
Skromny bo skromny ale cały
Dorobek narodowej literatury
——To jeszcze Poczet Krolów przygaśnie

——Nosił się Adaś z zamiarem
——Po cichu sam ledwie wierząc szczęściu
——Najpierw podwórko ulica szkoła
——Rodzinne miasto ojczyzna a potem

Także i inne kraje
Żeby uwagi kto niepowolany nie zwrócił
Wstyd nie pozwala na ryzyko
Urbi et orbi gdyby Adaś miał zawieść

Oczekujące go na próżno rezultaty złamać słowo
Noc w noc wiare w kozi rog zapedza logika i mięknie
Mało Adaś panu Bogu zdazył już wybaczyć nawet i to
Że Go nie ma nie bylo nie będzie wtedy to właśnie zaczął

Czego się tu wstydzić popijać samotnie
Najchętniej wina mszalne z winiarni niezawinionych win
Czyniąc sobie z osieroconej podchmielonej
Wiosny życia pegaza

Pegaza posłuszniejszego niż mitologiczny
O siedmiu skrzydłach zeby dotrzeć tym szybciej
W imieniu ludzkości
Na skraj krawędzi zanim do czegoś gorszego

Będzie trzeba czy przyjdzie ale pod ciężarem skrzydeł
Kopyt a przede wszystkim dżokeja z torbą wierteł i pilników
Wierna szkapa na tyle się jej udalo tylko wzbić
Żeby się tym śmiertelniej poturbować przy upadku

Jedno sobie Adaś zakarbował do zywego
Jak się podnosić obojętnie z prawą albo lewą ręką
Naprzeciw coraz śmielszym pomysłom
Raz się tylko zdradził

Jutrzejsza sztuka musi być
Niespodzianką na światową skalę
Poradziłpewnemu artyście
Za slawa rozpytującymu po muzeach

Adaś unika cmentarzy
Ale innych nieszczęść
Co to zza rogu gotowe rzucać cień pod nogi
Unika jeszcze szczerzej

I tak też pomiędzy bytem
A niebytem błądzi cieniem się Adas przekrada
Nie wiedząc co gorsze bo co do lepszego
Zupełnie źle jeśli się omylić

Śmiało mógłby udzielić wywiadu
Przyznać ile to poraźek
Trzeba zagadkowemu triumfowi
Istnienia zanim rachunku ratunku sumienia

Trzeba sie podjąć ponownie za karę
Na kredyt w ultrafioletowych okularach altruizm ciekawosci
Gdyby nie skrytość Adasia
No ale cóż

Najtrudniejsi do przedświetlenia
Milczą nierzadko z powodów zbyt licznych
Żeby podliczyć rzetelnie żeby nawet wiedzieli wszystko
Wszystko jak wode biorą w usta i jutro jak zmyci

Ci co się domyślają milczą tym zapamiętalej
Łatwo się przestraszyć bezzasadnego podejrzenia
Ale bać się puścić pary z ust jeszcze łatwiej
Nawet najniewinniejsza prawda gotowa się podle mścić

W wypadku wpadki ze wstydu się spalic bez poparzen
To zrozumiałe nawet milczenie na zapas
Wydaje się rozsądne kiedy wróżka czyta z kart na migi
Przemilczeć się przemilczec siebie co do ostatniej nitki krwi

Jak najgorsze oszóstwo żeby dopiero wtedy
Zamilknąć naprawdę wieków niech nie wystarczy
Żeby wieki nie musiały mówić
Powtarzać kłaść w zakute łby grochem tluc o ścianę

Jak to często wieki gdy mówią do nikogo
O przypadkach tak osobliwych jak ten tu z Adasiem
Wiedzieć rowna się miec racje ale nie wiedziec
Nie wiedziec celem dowiedzenia dowiesc a nie byc zwiedzionym

Dowiadywac sie przez przypadek sprawdzac kazda plotke
Węszyć tropić podglądać przesłuchiwać podsłuch
Komu sie musi owszem przyznac slusznosc lecz bez rezygnacji
Dopiero rewanż pokaże nie spuszczając oka

Zdazyc po nitce nim sie kłębek potoczy az zniknie
Oferowac pomoc z lustrem zanim sie zajrzy za lustro
Zapuścić żurawia zanim się kluczyk przekręci
Widziec wwidzać sie wiercić wrazac wzrokiem

Sycic sie widokiem nigdy tyle dowodow zeby
Dosc było prawdy prawdzie prawdom sprawdzic pod podszewka
Dla niepoznaki jednym okiem bladzic
Drugie mrozyc  w celowniku nad lupa pod mikroskopem

Wyobrazic sobie jestem sztuczna mucha na zwiadach
Brzeczec mini aparatura w roju prawdziwych
Dla pozoru przysciasc niekiedy w cieplych jeszcze zwojach
Wczorajszej wyzerki nie wierzyc swiadectwu zmyslow

Jak się wiedzie tym co zerwali z milczeniem dlaczego
Przeciez radio tansze spiewakow w operze to malo
Trzeba jeszcze podsluchac tych co nie milcza na cale gardlo co sie
Wydzieraja w jeszcze wieksze slowem bezdenne juz gardziele

Odkryc ze CzasoPrzestrzen rzadzi sie przypadkiem
To tyle co sie oddac na pewne posmiewisko
Adas sie umial nauczyc ale wielu do dzis probuje
Na slepo pozostac wiernymi zdewaluowanym kompasom

Czym sie ma Adas trapic gnebic zglebiac
Panem Bogiem owszem ile sie nalezy trzeba i wypada
Ale zeby teraz slepym na niego przypadkiem
Nigdy przenigdy Adasiowi brak nerwu

Myslec to przy milczeniu Adasia najwieksze ryzyko
Ryzyko tym wieksze im szczęki szczelniej zwierac na
Niemozliwym do zgryzieniu orzechu cichcem zeby nie bylo
Ze się swiadkowi oko wybilo wiadomo nie wiadomo po co

Gdyby nie skrytosc Adasia moglby wieczny mlodzian
Jak to sie mowi czego tylko dusza zapragnie
Gdyby nie przez przypadek cichociemne sobie
Za wzor bral Adas przyklady i w piersi swej

Zeby nikt nie spostrzegl nie wykorzystal chwili
Nieuwagi zgromadzil wszystko ale to wszystko
Co do ostatniej pętelki z czego jak sie czyta
Sklada sie prawdziwa dusza ludzka

Musialby klamac zeby sie pochwalic nie spieszno mu do Nobli
Cisza pamieta slowo w slowo to kruszec pewnej proby
Do konca niepewny czy aby dusza na ostatni juz guzik
W piersi zapieta z poswieceniem wielu innych mozliwych

A niewatpliwie lekkomyslnie zaprzepaszczonych autobiografii
Czy dusza rzeczywiscie autentyczna
Czy to aby przypadkiem nie smutny ciasny bagaz
Sentymentalnych rupieci kolekcja sprzed AM

Zapomniec co znacza owe inicjaly po lacinie
To dla Adasia blachostka Adasiowi udalo sie raz zapomniecl
Ze ma Adas na imie dla eksperymentu co prawda
Jak sie czuje ktos kto ni stad ni zowad

W ostatniej chwili przypomina sobie
Cos prawdziwszego niz wszystko czego nie sposob zapomniec
Nie Zapomniec Zapomniec A Pamietac to siedmiostronicowe
Rozważania dla studiujacej potomnosci studium

Kawiarnianej cukierniczki wzrok smak powonienie dotyk
Stadia slodyczy ktoz mial by cukier miec za zle i komu
Nie martw sie pociesza Adas niepokoje umyslu
Znajda sie i tacy i po raz nie zliczyc juz ktory

Miesza w herbacie choc dawno ja wypil
Carpe Diem dodaje w myslach sliskie karpie snia sie
Jego dloniom a za chwile w jeszcze glebszej zadumie
Hora Fugis jakby tarcze slonca nagle smierc powlekla

Chlop się nigdy nie otrzasnie to wlasnie w tym momencie Adas
Nikt juz wtedy od dawna za Adasiem co prawda nie wolal
Poczul w piersiach dziwne poruszenie
Jakby zycie w nim drgnelo zycie zyc zuc zyczyc zuciu zyci

Bez ktorego przeszlosc stracila by sens bezpowrotnie
A ktorego to sensu na szczescie na slepo ale nie po trupach
Nie ze koniec koncow byl znalazl ale ze wytrawal w szukaniu
Czekac wypatrywac szperac po zakamarkach CzasoPrzestrzeni

Az przypadek sprawil ze trafil w wlasnych piersiach
Co prawda malo ze nikt juz wtedy za przechodniem
Nie wolal Adas na miescie kto zacz nikt nie mial pojecia
Nikt sie nawet nie troszczyl ze nie ma

Co sie oczywiscie Adasiowi wydalo dziwne
Zeby nie rzec podejrzane Adas choc z Wszechwladnym
Na bakier przeciez slowa sobie nigdy zlamac nie pozwolil
Ani sie na slowie swoim nie zawiodl ani nie posliznal

Jak przysiagl tak milczal z rosnaca przykladnoscią
Po co wscibskim wiedziec skonali by z zawisci
Godziny podkradac wiecznosci zeby je siac za mlodu
A prosze wczoraj dzis i jutro ze w huku swiata

Krokow wlasnych nie slychac a co dopiero za soba
Nikt jednak zeby dlonia przyjaznie machac na Adasia
Co robi sie ze smutkiem
Bawic nie wypada chyba ze sam poprosi ale smutki

Blade cienie milczenia jak to smutki nie latwo
Sie im wysmiewac z wlasnego powodu
Adasiowi najbardziej zal lez lykanych przez dusze cudze
Wlasnosc gdzie wszystko powinno byc jak jest naprawde

Naprawde niczyje co robic z radoscia ta zasluzona uczciwie
Ta co do dnia sie budzi w rezultacie zycia o maly wlos
A za pozno zeby obdarowac sensem wszystko
Czemu dotychczas jakby piatej klepki bylo brak za duzo za malo

Kiedy sie na zycie spojrzy juz z oddali przez ramie
Wdzieczne milczkowi chyba jest tylko to cialo pedagogiczne
Co z dymem sie rozwialo zaraz po spalonym teatrze
Co sie robi zgubione pioro wieczne sie madrzy

Z tym czyms co byc moglo co bylo tuz tuz kiedy sie nie da
Juz zrobic nic wiecej zaszkodzic sobie komus jesli wielu ilu
Byle chwila sie lokiec w lokiec tloczy z wyniosla wieczoscia
Gdzies o krok na wyciagniecie dloni dzieje sie wiek XVII

Krol nie krolową prosi a pierwsze palacowe za grosz wstydu
Ale sie przez scisk dat przez napor wiekow mod
Kaprysow Historii ani na chama przepchac ani milczkiem
Przesliznac zeby na wlasne oczy raz choby popatrzec

Doswiadczyc telepatycznie a u Adasia dusza ze
Gdyby mu sie tylko jezyk chcial przypadkiem rozwiazac
Le Roi Soleil by sie nie musial piescic w pudrach
Przed sekretnym zwierciadlem ale coz tam Adasiowi

Ani mu przez mysl nie przemknie reki podniesc
Na Ludwika XVI machnać wybacz Ludwiku dosc juz jestes blady
Co sie robi zastanow sie najpierw jaka to roznica pytac
Co sie robi a pytac co robic prosze dopuki Adas

Pytal po cichu co sie robi co robic nalezy co robia inni
Bladzil jak najety pomylka po pomylce klops jak to sie mowi
Po klopsie nie narzekal bo nosil sie z klopsami cichcem
Bal sie ze i klops watpliwy po co obwieszczac przedwczesnie

I bylby sie nasz Adas z jezykiem w krtani zapadl
W klopsach z kretesem gdyby w ostatniej ale to juz
Rzeczywiscie w ostatniej chwileczce nie wyrwalo mu sie
Z piersiowej klatki co robic co poczac w takim klopsie

Jesli ktos co niewatpliwe uslyszy kiedys o Adasiu
Ze raz szeroko jak najszerzerzej otworzywszy usta
Adas niby Smok Wawelski pozarl caly Giewont klopsow
Nie dziekujac komu sie nalezy z nalezytym extra

Jakby od urodzenia nic ale to zupenie nic nie mial w ustach
Puty w klopsy nie trafil blogoslawiony zbieg okolicznosci
To niech ten ktos nie wazy sie wysmiewac z Adasia
A tym bardziej z klopsow a jeszcze mniej ze smoczego glodu

Najpierw prosze sobie uswiadomic ze to nie byly klopsy
Z pierwszej lepszej garkuchni te klopsy nie byle sroce wypadly
Spod ogona a potem prosze drwic nawet i do rozpuku do skretu
Kiszek jesli sie wciaz chce smiac po niestrawnych smakolykach

To z Adasiowej czyta sie latwo fizjognomii ze klopsy
Szykowane byly nie od parady zeby je lykac ze smakiem
A smak chyba tylko smak ma Adas jakby nie z przypadku
Winic niebieskie jak to sie mowi podniebienie

Cemu od razu kpic jak wszystko co podniebianskie
Nie wolno  Adasiowi psuc sobie i smaku
Adas jednak watpliwy ma wybor godzi sie bo inaczej
Skonal by na glod zycia glod choc zycie nie w smak

Ale co to dla rodzonego w czepku milczka lykal wiec klopsa
Po klopsie ukradkiem nie zaklucac ciszy co przypadkiem
Zapadla w nikomu blizej nie znanym zakatku Mlecznej Drogi
Tam wlasnie gdzie Droga sie urywa i wisi dynda jak rekaw

Pusty po brakujacej konczynie nie dosc dorodzonego prawa
Wzglednosci a moze teorii przypadku z ksiazki kucharskiej
Jaka Adas zamierzal kolportowac gratis zostalo niewiele
Sama sol najwazniejszy apetyt na klopsy

Jakby sie pegaza serce krajalo na polmisku
Jakby nie bylo w menu slowiczych jezyczkow
Jakby nikt nigdy dotad nie smakowal czegos co raczej
Nalezy smakowi oszczedzac w zgodliwym zamysleniu

Domorosly kuchmistrz Adas chetnie by zapraszal
Ale watpil bal sie wahal czy aby znalezli by sie chetni
Na klopsy z jego patelni patelnie jak wiadomo lubia
Smazyc piekielnie a jego to juz istne siedem piekiel

Parzyc pryskac plonacym smalcem gubic klopsy
W zlewie gorzej przez przypadek w wiaderku na smieci
Skonczyc by sie moglo pozwem raczej nie z przypadku
A pozwow to Adas najbardziej byl ciekaw z codziennej poczty

Winic okulary ze ich akurat nie ma na Adasiowym nosie
Jesli raz czy dwa w tygodniu trafi kluczem do sasiedzkiej skrytki
Kiedy sasiad zaskarzyl Adas nie byl nawet swiadomy
Brzydkiego uczynku skrytosci jak wiadomo nie ufa

Nawet Sad Ostateczny czemu sie Adas nie dziwil ani troche
Nawet jeszcze wtedy kiedy swiecie wierzyl
Czlowiek sam wie o sobie malo a co dopiero Sedzia zajety 24/7
Cala reszta watpliwych zwatpien watrob watrobek w sosie

Albo i nie w sosie wierzyc owszem mozna trzeba nalezy musiec
Wierzyc tez sie czasen zdarzy ufac to jednak ryzyko na wyrost
Zwlaszcza ufać milczkom nie tym co jezyka w gebie
Znalesc nie potrafia tym Adas pomaga szukac skrycie

Skąd pewność znalezc lepiej nie znalesc a moze najlepiej
Po prostu na nie zwracac uwagi jesli sie mimo wszystko znajdzie
Dalej uparcie szukac dzury w calym slyszec widziec wiecej
Zadreczac wywiadowki pod wzglednie pomyslnym wiatrem

Milczkom co jezyk kryja za zebami nie sposob puscic plazem
Jak i Adas milczą ale bez watpienia kazdy z innych coraz bardziej
Podejrzanych coraz bardziej niewatpliwych powodow
A zdarzaja sie przeciez i tacy co milcza z nie doliczyc sie ilu

Naraz nawet i dobrze poimformowanych zrodel
Sam przeciez Adas nie da glowy
Czy rzeczywiscie okaze sie zdolny do wszystkiego
Co prawem naprawde slepego przypadku zarliwie byl obiecywal

Urbi orbi nunc hic et etc amen Panu wszechmogcemu
Slynnemu z milosierdzia a co przyszlo dzwigac wlasnym kosztem
Sam musi sobie dac sam dac odpowiedz co robic
Co robic w wyjątkowej sytuacji na Adasie nie trafisz na FB

Ale jesli ktos mialby sugestie przypadek nie przypadek
Prawo wzglednosci pozwala zalozyc niemal bez ryzyka
Jesli anonimowe sugestie puscic w wolny obieg
Owszem mozna watpic czy napewno dojda na czas ale mimo to

Ufajac jak niegdys Adas panu Bogu byl ufal bezgranicznie
Ze sugestie celne wskazowki szczere rady dotra kiedykolwiek
Gdzie i po co ich trzeba Adas nie Adas byle we wlasciwe rece
Rece co z sugestii blachej wyprowadzic potrafia za odowiedzia

W klops juz nie do strawienia jak w kropke pod wiecznie
Glodny wiecznie glodujacy wiecznie niesyty siebie pytajnik
Jak odpowiedz powstrzymac nie pytac na darmo
Powtarzac w nieskonczonosc ale co dalej to juz pewnie latwiej

MENE TAKEL FARES

 

MENE TAKEL FARES

…a siadając do stołu uczony Żyd
jakby od niechcenia zauważa
z osobna każdyśmy wielki
ale w kupie problem

problem przez takich
jak on mróga do mnie
matka ateisty w szafirach
starszych niż Torah

wdowa po ojcu syjonizmu
z kolei kopniaczek pod stołem
dostał mi się od wnusi
z nóżką indyka przy ustach

chorej z urojenia
lecz z talentem nad podziw
natomiast córa oko w głowie Nauki
milczła jak zaklęta

o niezliczonych zaletach charakteru
jej kochanka goja
urażona wyższa a może
żeby się cnoty chrześcijańskie nie wydały

z kolei widok za oknem
świątecznego wieczora
czarny był i wielki jak Murzyn
co przez szybę patrzy na cudze zabawki

pobladł żebym go jakby co nie poznał na policji
pokręciłem głową nieznacznie
żeby mnie na gorącym
kto przy Święcie nie nakrył

i tak dzieliliśmy ptaka Dziękczynienia
chyba do północy
brat uczonego zwłaszcza dentysta
co na dwa zestawy zębów w ustach

albo szczękał po kościach
albo szczerzył uśmiech
a każdy stołownik po sto cieni rzucał
w głąb domu tuż nad Atlantykiem

jakby się wokół Siedem Plemion zbiegło
nikt się tu nie modli
wyszeptał uczony niby to do siebie
po czym mózg tłumaczy

im czaszka mniejsza tym w niej
więcej zwoi jasność w najmniejszej
nawet głowinie to spokój w sercu
nawet i największym a mnie w sercu

zagrały hiszpańskie gitary jak dwie cztery osiem
potrafią o tym samym a każda inaczej
na co rajcowna wnusia
pod stół daje nura

każdy świadom za czym
ale każdy milczy
nad swoją porcją prawdy
milcząc każdy z inną miną

co tylko dla Goyi
nie było by problemem
jeśli chodzi o portret zbiorowy
mnie jako najmłodszego

w porę tańców matce rodu
pozwolono czarować na kanapie
smutek jak rubin co waży coraz cięższy
na więdnących palcach

chciałabym i pragnę ale nawet synowi
wybaczyć nie potrafię wojny
czy po to go rodziłam
żeby mnie śmiercią straszył

natomiast Murzyn za szybą
barwy zmienił na indiańskie
i kiwał na chętnych
pokojową fajką

pod pozorem naturalnej potrzeby
ruszyłem szukać jakby wyjść do niego
wszystko poza pokojem gościnnym
zbyt obszerne wielkie

jakby ze skraju światła w wieczność patrzeć
wieczność zbyt przepastną
nawet z szaleństwami wnusi
co nawiedzają szafy za pełną kieszenią

fortepian biały jak słoń z zapomnianej bajki
lustro co widzi tylko co nieznośne
buty ale trzy do pary
węzeł co połknął długi krawat w kącie

w puzderku złote krugerandy
jeszcze więcej klejnotów
te szczerze otwarcie już niepotrzebne
kto by je miał nosić i przed kim

mikroskop pamiętający Freuda
sprawdzać czy aby skarb prawdziwy
także więcej okien
ludzkość cała za nimi się tłoczy

nawet szaty buddyjskie
takie święte że puste
nawet kostiumy sceniczne
ciężkie przemilczaną resztą

psiak co ocalał z wypadku
jakby straconą rodzinę wywęszył
w biesiadnikach
macha urwaną lapą

szczudło wierny świadek ozdrowienia
tłucze się o uwagę
księgi nieczytane
prastare znaki

żeby nie zapomnieć
że każdy
z dnia na dzień
znaczy coraz więcej

wyrocznie
których na czas
nie sposób
zrozumieć

I Co Komu Z Dyjamentów jeśli na tabelach
wartości zrównamy je z zerem
grozi głodna ludzkość a wnusia się chichra
jakby normalność głupsza była niż ona

zero zero będzie wtedy najdroższe

ile to już lat ileż lat jak się koniec świata
odwleka ze zdumienia że nadszedł
tak trwa tylko to co mija
z tamtm naszym obiadem dziękczynnym

z tamtym naszym indykiem
z polskiego przysłowia w Ameryce
choć fale Atlantyku dawno już
wylizały po uczcie ostatni ślad i cień i echo

HOW TO PAINT

PODRÓŻ

Był kiedyś chłopiec, znacie jego uśmiech,
uliczki i mosty Krakowa.
———————————Bywało,
słysząc bijący dzwon,
przystawał bez tchu i zazdroszcząc
skrzydeł ptactwu patrzał
jak globus zzieleniały płynął
między świtaniem a zmierzchem u chmur,
śląc klucze marzeń
———————————w krainy
gdzie ze słonecznych promieni
serca tkają kobierce dobroci, do miast
co po tarasach muzyki pną się w ciszę,
ku brzegom gdzie muszle i gwiazdy
wymieniają ciszę na sól.
———————————Nadzieję żywił
że ścieżka lotnych piasków
wskroś minionych czasów przywiedzie go
do Gordii, zanim Aleksander rozpłatał
wróżbi supeł. Utracone
wróciły by światy; Troja dumna,
Biblioteka, którą strawił pożar,
Węzeł, by rozplatały go szacunek
i ciekawość. I krzycząc,
płacząc i śpiewając pod wiaduktem,
co pod pociagami drżał,
chłopiec napawał sie parową mocą,
inżynierią, biegunami i równikiem,
a dudnienie zderzaków i haków i kół
poiło mu dech energią i słodyczą.

Wkrótce dzień miał przyjść, chłopiec
w pociąg wsiadł i czuł, cały świat jest jego.
Ale z szyn, ze słonecznych dróg,
lata mu splotły wąską, papierową ścieżkę.
Ta, nadziejom wczesnym wierna,
powiodła w myśl i w widzeń rój,
aż zrozumiał każde życie
jako pasmo światła, cierpień, co z innymi
razem plącze czuły węzeł wszystkich bytów.
Teraz słucha jak spłowiały globus skrzypi
kręcąc się pod zadumaną ręką.
———————————————–Okno,
a za oknem zwiewnych kurtyn śniegu lot
na Minnesotę. Gdy opadną,
chciałby ujrzeć w gwiezdnej nocy
nie Lanesboro, ale was, was ulice i mosty.
———————————————–Kraków.

Lanesboro, Minn.
Grudzien, 1982

 

BLESSINGS

I
The idea that a straight line
Progressing ad infinitum bends
And forms a circle came to me
Long after Einstain’s break through

But also long in fourth grade
Before I have heard about him
Eyes shut I followed that run away straight head long
Into the star strewn deep dark Space

Half step on dirt path
Spiky weeds at my knees
With the transparent glass and concrete mass
Of yellow school building

Behind me and the green sport stadium flats
Ahead points A and Z being one
And the same right under my feet the delightfully
All encompassing number Pi holding me

In a thrill Gagarin might have felt
Later that year worried for his return
To Earth yes life is brief
But imagination perceptions know no boundry

Watch with me for a while
How a year later in winter same boy
Picks rocks off a dirt road on his way
To one solitary imperial oak tree far in Hospital rear fields

Thrown at the mighty trunk the rocks
Scare off bare brunches a congress of crows
Sleeping so far birds crow now  
Mad above makeshift landscape

My whole life fits into that scene
With the number Pi glowing intense today
As it did when I bathed in its lumini
Eyes shut half step on the weedy foot path

Man is a dazzling puzzle he will not be held
Apart from himself for long take Pi it is of his invention
Simple operations Pi plus Pi plus Pi
If Pi times Pi is at all possible

Don’t they the Pi’s kind of infuse one with sense
Of boundless strenght Atlas’ capacity
When one moves them in the mind
Dark content far heavier than light

II
Years of my youth its flat horizontal sun-dial stretched
As far as the world’s tallest smoke stack
In the middle cast its shadow
Shorter in summer it reached no farther than

The Prosectorium its terrifying Dogs’ Tower
Howling in pain year long but winters
Winters the shadow would venture out way past
The Plague Lantern

A medieval turret of stone warning a traveler
He is entering a land of no return if he proceeds
XIV century Cracow had but a church
Sisters of mercy for its living dead

The sloping bent in the Vistula River downstream
Sheltering the Forbidden populace
I threaded these grounds bare foot
A paper glider over head

A sulphites powered projectile in hands
Or with a shovel searching for nooks and crannies
Where to dig family an A-shelter
Or whatever else anything but school

An Apollo of thirteen under spell of the word
Forbidden oh no I was to experience its meaning
Like OEdipus had to live out his oracle
No matter how hard I tried not to

By forbidden I came to underastand inherent potential
Held at a half life maximum wasted
On minimum struggle
Die the least shred of the self glimpsed options only

There within the reaches of the smoke stack shadow
Lived one Miss Maciej single she was a mother
Of two and big with a third one
The hood rallied

The two bullies already on the loose were the limit
The poor woman holding labor back
Until too late for help she is the patron saint
of the Forbidden in you if you feel like

Not that the hood woke up when in agony
Poisoned by dead fetus miss Maciej threw up a heart wreck
Her’s was just another torment to the howls and shrieks
Of the Dogs’ Tower science’s ground experimental

Proletarian folk did they register any one among them
How street troylleys brought perhaps not quite the quiet
Into the hood but a respite from the endless gruesome lament
Thick tired ears cocking to Progress’s jingle

 

III

The ageing massive brick wall along Copernicus Street
Holding Death inmate
Our family’s exemplary foursome
Strolled Sundays down its reassuring lenght

On the way to the Botanical Garden
Where Life hung in mid air a one enormous
Breathing knot to apply myself to
A tangle of roots in a diamond shaped orangerie

Palm shoots lianas buds of prey
Atop the tense herculeanum
Of naked muscles
Dripping water in slow drops into small lily pool below

If anything the knot called for tender pruning
No not a sword’s slash
Unless one suffers for real events dreamt
My life as it could have been to the last minute

Invested within the smoke stack shadow’s spectrum
The world of the Copernicus Street
I cannot forgive myself I have orphaned it
With Death safely behind the brick wall

And the Medical Library open and empty
Volumes dating back to the beginnings of science
Me a hearty laughter
Ages long litany of erroneous diagnoses

Offered hope could that be that death itself
Is a curable illness if one were to devote life
To the task and to the gnarled pear tree
Near the Plague Lantern I swore to eat its fruit

Eternity of its harvests my pet project
Would come true the Hospital complex
Along the Copernicus Street now a museum
Of Aesculapius’ arts

The Eye and Ear Clinic past the Planetarium
Featuring medicine’s nemesis
A water fountain live under high voltage
That birds learn not to drink here

Pity the emergency heli port took over
The yard where for centuries Hospitals
Have been discarting used outdated outfits
Medical toolery stretchers plumbing gear

Pain wrought junk grief bitten clasps worn teeth
Given a well deserving exposure
History of gynecological stretch chair
Going back to the days of Holy Inquisition

In the first the oldest pavillon down from the Lantern
For example
Would attest to the suffering
That was to be put an end to for good

Something to do with Infinity flowing circular
Through the number Pi
My way would have had nothing to do
With scalpels or howling dog meat

I am sorry I have orphaned you my plans
One promise though I keep
As every Fall last night again I stood under the pear tree
Fruit in hand tears of gratitude my eyes

Though the tree itself I hear fell under ax
When the viduct near by underwent a face lift
Though the tree itself fell under ax
When the viduct years now underwent a face lift

IV

The land of the Forbidden my youth
Cascet woodshop Laundries
Slopes where to sled eyes shut
Mad house patients behind me yelling Faster Faster

The fortress façade the Contaigues Diseases held up to the sun
Gynecology Chirurgy Labor Clinics Prosectorium Dogs’ Tower
How only appropriate that right next to this vast
Realm of ills and dying

Fin de Siecle decreed a storage be erected
For stage sets the plays at the city theatre leave behind
The tower of Macbeth the boat of Prince Invincible
Life size all but emptied of life save the few wild wings

High under the sky lite roof
St. Petersburg of Evgeny Onegin in snow
The castle of the Ungodly Farse
Balcony and rose bush of Cyrano de Bergerac

Hellada of Electra of Oedipus Rex
Kafka’s Amerika within the walls
Like pages of an enormous book
Inside white brick covers

The store of human tragicomedy aired once in a blue moon
I pressed hard against the silence
Silence so thick so numb past the doorstep
The Lantern’s stones have had more sound to them

Short for time youth is not with eternity I felt
At my disposal I would choose well
Choose the one play set which eventually no regrets
To render real with dying breath

Aghast with furniture set of the going day
D-glow alarm clock and washing machine nothwithstanding
That they should impose on me
Cares of their bidding

Spared no role great or small
The spectacle of life offers say I only grow in wonder
Dear old number Pi to the resque
Its lumini holds this much certain yes no matter how long

It takes matter to come into this particular
Configuration of atoms and stars I call Jacek today
I must no doubt take place again
Pi a myriad times over from now on my Grzegorzki

How wiser though for losing you once before
Oh to be back there again if only for a day for an hour
Within the reaches of the smoke stack’s shadow
Head for crows of the imperial oak tree

That you stay still yes this is I like to think now
Why I had to leave leave for lost
Cities along to change faster then stage props
Hoping my pen endears you to readers here look

I add a patch of your land to the globe sewn immaterial
Overtown every night with memories incomers bring to NYC
Only here and now to realize how infinitely blessed we were
O how blessed whatever stars happened to turn to dear youth

“PARADISE LOST” ILLUMINATED

 

“PARADISE LOST” ILLUMINATED

Full of air they are collectors who for art purity’s sakes
Never commission what they are after
How for example my brush sees light across times
So getting Milton’s Paradise Lost for task inspiration

Is a challenge worth every minute of past edu hardships
Human fate in this epic is a sorry lot
At mercy of Powers deep outside the stage of learning
The battle of Angelic vs Infernal order over the first conjugal bed

I opted to cast it in glow of childhood fable
And such is exactly my first curtain on the sacred tale
Adam Eve Serpent Scull Red Salamanders by the Brook
All one audience for the Eye Divine when in skies it shone

The trick is the line I quote – “to wage by force or guile
Eternal War irreconcilable, to our great Foe” –
As it can well be declared by any
Of two parties to everlasting Conflagration

Scissors and brush took me for ride with the second take
Tools the musty fable cut in alarm urgency
“and heer Archangel paus’d, between the world destroy’d
And the world restor’d” what choose you seed of sin

Not a real choice as it turns out with the final close up
Old blind poet’s face seventy seven question marks in spasm
When dots connect Gabryel and Belzebub Orgasm and Agony
Gratitude and Wear are one close circuit cause and effect wreath

“when I alone seemed in thy Word erroneous to dissent from all”

 

„PARADISE LOST” ILUMINOWANY

Śmieszą kolekcjonerzy co w imię czystości Sztuki
Nigdy nie zamówią interesującego ich tematu
Jak mój pędzel widzi dajmy na to światło w tajniach czasu
Więc gratki jak ta ilustracje do Raju Utraconego Miltona

Cieszą jak cieszy warta trudów wycieczka
Człowiek w tym poemacie to tragiczna igraszka
Potęg spoza wąskiej sceny poznania
Bitwę Aniołów i Diabłów nad łożem pierwszej pary

Pokazać chciałem jak w teatrzyku baśń dzieciństwa
I taka właśnie jest pierwsza z mych trzech miltonowskich odsłon
Nadzy Prarodzice Wąż Czaszka Salamandry nad Ruczajem
Oku Opatrzności za widownię gdy się na niebiesiech władne otworzyło

Sztuczka o jaką się tu pokusiłem to cytat
„podstępem i siłą Wojnę Wiekuistą toczyć bezlitośnie
Przeciw wielkiemu naszemu Wrogowi” jako że
Może on pochodzić z ust każdej ze stron w Konflagracji

W drugim akcie zdałem się na pędzel i nożyce
A te baśni z lamusa dały życie alarmującego wyboru
„i tu Archanioł zatrzymał się między tym co niszczyć a co chronić
Przed którym w biblijnych wymiarach stoi dziś światowy widz

Wybór pozorny jak się okaze w ostatnim zbliżeniu
Starość ślepego poety to spazm siedemdziesięciu siedmiu znaków zapytania
Kiedy pojmuje że Paradiso i Inferno Orgazm i Agonia Wdzięczność i Udręka
To wieniec skutków i przyczyn zamknięty naczynia połączone

„kiedy ja samotny w twym Słowie za treściążną błądziłem niż inni”

LADDER

O NIECH WRÓCI

Do mnie stara wyslużona drabina
Światłem szafować nad stołem
Drewno szczebli stopom długo oddane
Lampami w górę i w dół manewrować

W pnączach kabli ptactwo natchnień
Niechże ona jak i tamta pierwsza
Rozkwitnie pąkami mi nad głową
Nad papierami pochyloną śniącą winić

Miasto najpierw mi dziwaczkę zarekwirowali
Dla Brooklyn Botanical Garden ale tam
Z niej się wszystkie kwiatki posypały
Naga sękata starość w magazynie młodego

Aluminium dobra może na święte relikwie
Na drzazgi z drabiny we śnie Jakuba
Żeby je do warg tulić
Gdy się już uporam z treściami jej aureoli

I proszę jak dzielnica odpowiada drabina
Dokładnie ta o którą prosiłem czeka na mnie
Za rogiem przeprasza za wygląd wdowa
Po dziatkach co do nieba uleciały

I teraz każdą muterką każdym ścięgnem
I stawem wisi mi nad stołem jak pytajnik
Lata daremności to jej welon żalobny
O cienia naszego żadna lampa nie rozjaśni

O GIVE ME

Back my tried companion from the past
A ladder for lights over my writing desk
Must be wood best well worn footwork
Clip lamps adjusted to need up or down

The rungs lumini inspiration pure
Lo and behold like my old one let this one too
Blossom real buds right above
My head low over letters blind beyond paper the city

First they took the variant to Brooklyn Botanical Garden
It shed them wonder blossoms there a regular
Well worn footwork of rungs again
An eye sore where new aluminum ladders are stored

Good at best for articles of faith
Rungs from Jacob’s heavenward vision
To be prayed to
When I am done writing down light’s worth

And look see how the ‘hood answers a ladder
Just described materializes three houses down
Brought in cuts a sorry character a scelet of the dreams
That went up its well worn rungs

Each screw in it each wooden sinew each rusty joint
Sound a question over my head now
Beat for years of abandon shadow her funereal veils
No no lamp light can penetrate our sorrows none

Z DZIEJÓW PĘDZLA

———————————do Andrzeja Starmacha

Piszę do Pana panie Andrzeju bo nie napisać nie sposób
Z obrazami wokół to święty obowiązek
Ważka elokwencja pędzla w załomie szarego dnia
Spektakl światła i przedmiotu od Adama z Ewą po Apokalipsę

Miałem przyjemność poznać Pana przed laty
W nowojorskim Konsulacie RP zapraszał mnie Pan
Do kontaktów ale ja orbitowałem samotnie
Poza strukturami dot com komunikacji los artysty to święta

W porównaniu z dolą wielkomiejskiego filozofa
Cierpią tyle samo ale artystę jak to się mówi piękno żywi i pieści
Przed wyjazdem do NYC byłem w Krakowie członkiem ZPAPu
Wprowadzał mnie J Bereś i H Stażewski

A o Tadeuszu Kantorze myślę i piszę z głęboką wdzięcznością
Jako że w furiach unosił się przed Cricotem jak ojciec mój nade mną
Gdy po ścianach po obrazach cienie miotał szarpiąc pod szyją krawat
Ja się łudziłem że mi syn artysta cztery nasze kąty w ogrody przemieni

A ten mi z domu co zrobił Trupiarnię to prawda jakby się pędzlem
Dało do życia zwłoki przywrócić moim plenerem grzegórzeckie Szpitale
Gmach Prosektorium gdzie w snach snułem się po salach AM
Szukając bez skutku ciała mojej młodej matki

To Kantor wywiódł mnie z mentalnego prosektorium w happening
Leżałem mu raz na noszach do Lekcji Anatomii
W ideogramy konceptualne duchowych przygód
I martwił się gdy wyjeżdżałem że art supplies drogie w Ameryce

Wyżyję z Działań wolności dzięki ale to się szybko skończyło
Wyśpiewywać zachwyt czy bunt w harmider nowojorskiego traffiku
Można najpiękniejniejszym nawet głosem a kończy się jak
W moim pierwszym poemacie po angielsku Apollo

Na Aspirynie ledwie chrypiąc o centy przy zejściu do subway’a
Pióro tańsze niż pędzel i farby niż światło i pracownia
Więc się pióra chwyciłem chyba z anielskiego skrzydła
Bo ani się obejrzałem a pisałem w prasie iluminacje wystaw

To akurat jakoś wtedy w laboratoriach pustki bieli i minimum
Posypały się po ścianach galerii talerze Juliana Schnabla
Znaliśmy się z lat gdy Julian kuchcił w modnej restauracji
Więc cała ta gorączkowa barwna przygoda z Neoekspresjonizmem

To jakby pędzel w Krakowie porzucony dogonił mnie w SoHo
I malował co ja powinienem był malować co musiało być malowane
Dłońmi kumpli od wernisażowego wina u Leo Castelli
Żyłem tym winem i serem długie strome lata

Co wieczór niby Wyspa Gwiazd art world ratował neo
Diogenesa od śmierci w śmieciach ulicy Clemente Warhol de Koenig
Reszta fraterni plus euforyczny młody talent dnia
Piękniejszego legionu niż my Sztuka nigdy dotąd nie miała

Kiedy Neo ’80 rozwiały się jak sztuczny raj AIDs narkotyki bankructwo
Pędzel znowu został sam czekał cierpliwie aż po niego sięgnę
Sięgałem raz po raz bo pióro to agonia noce na haku pytajnika
Miasto i życie jak gwóźdź o który zahaczyła się szczęką głodna mysz

Podczas gdy pędzel pędzel uwalnia od pytań łącząc jak w szermierce
Oko i dloń malowałem seriami jak przykazywał Kantor tylko wtedy
Kiedy miałem coś nowego do powiedzenia to trudne to co miałem
Do powiedzenia wynurza się z każdej serii jak przeszłość z wykopalisk powoli

Niekonczonce się fajerwerki NYC w Neo Eighties
Dusze Miasta Pijany Manhattan Mitologia Męczeństwo Światła a la Watteau
I Wiszące Ogrody to grupy do których od kilku lat dodaję z dnia na dzień
Kolejne płótna uczestnicząc przy tym w tzw art life social

Do listu tego panie Andrzeju zmusił mnie jednak dopiero mój ostatni cykl
Dziewięć Obrazów i Drabina muza sprezentowała mi bukiet świetnych pędzli
Więc malowało się niby we śnie jeden potężny tydzień i wciąż
Patrząc na świeże płótna na drabinę z lampami przy stole gdzie piszę

Sen ten trwa pasja życia się spełnia spyta pan pewnie dlaczego
Zwracam się z tym listem do pana a nie do którejś z galerii na Chelsea
Krytyk i taki artysta dlaczego nie tam i niech mi pan wierzy
To dla mnie samego zagadka dlaczego jakby wydania się pod sąd

Odwlekam własny wernisaż zabiegć o łaski do dziś nie potrafię
Nie mój temperament jak by powiedział Kantor
Jawi się pewna szansa że obrazy wystawiać będzie ktoś w Padwie
W związku z premierą dokumentu o freskach Giotta

Więc transport dziewięciu płócien 30 na 40 inczów plus drabina żaden wydatek
Inna sprawa nie wiem co począć ze stustronicowym esejem
Przez Okulary Niemczyka pisałem go w odpowiedzi na jego Kurtyzanę i Pisklęta
Swoją stronicę prawdy szkoda że nie zachowano do muzeum literatury

Szkieł przez które Niemczyk oglądał świat tego monstrum
Poklejonej plastrem optyki z nimi na nosie nie trzeba krzywych luster
Naturalnie są tam i Krzysztofory i Cricot i pożar w Piwnicy pod Baranami
Życie nasze jak jazz żarliwe aż po wczesne hippiesowskie lata ,70

Dalej mój wgląd w powieść sprostowania do aneksu pani Ptaszkowkiej
Refleksje nad PRL wolnością sztuką i kapitalizmem
Czytałem w internecie że wydaje pan tego typu literaturę
Chętnie prześlę jeśli to pana interesuje

Mam poza tym stronę jacekgulla.wordpress.com po polsku i angielsku
Obrazy wiersze Ginsberg/Gulla Story także w polishartworld na google
e mail jacekgulla2.yahoo.com
Każde płótno obraz samodzielny ale z ich kolejności wynurza się historia

Na koniec prośba tytułu zapomniałem Par Langerquist autorem
O garbusie z hiszpańskiego Średniowiecza
Co to uczył się po świecie gry na gitarze żeby do wioski swej wrócić
Może to pańska małżonka przeczyta jakże ja się boję że to powieść o mnie